gdzie mnie boli czyli po co mi ten blog

Znana blogerka, Riennahera, napisała ostatnio tekst o tym, żeby nie robić sobie przerw w pisaniu. Jest to jedyna osoba w internetowej przestrzeni, na jaką trafiłam, która pisze o tym, że pisanie jest zaspokajaniem jakiejś potrzeby.

Czemu piszesz? Po co ci ten blog?

fot. Bonnie Kittle on Unsplash.com

 

Ktoś mówi – bo chce uświadamiać społeczeństwo o czymś tam, inny upatruje w tym szansy na karierę pisarską, dorobienie się na reklamach, zabicie nudy. Myślę, że to musi być fajne mieć czytelników, których liczy się w tysiącach. Potwierdza to w jakiś sposób, że ma się coś ciekawego do powiedzenia. Ale nie jest to celem samym w sobie.

Ja piszę, bo muszę. Porzucam to i wracam. Zwłaszcza jak jest trudno, słowa układają mi się w głowie w ładne zdania. Wklepuję je w klawiaturę, przestawiam szyk i to pomaga.

Mój znajomy, Piotr, pod tytułem swojego bloga napisał tak: Ja, Piotr, wyrzucam z siebie to, czego nie mogę utrzymać w środku, co przyjemne, ekscytujące, ale również poplątane i męczące.

Stare Dobre Małżeństwo, taki zespół, który lubią ludzie chodzący bez makijażu po Bieszczadach, wydało jakieś dziesięć lat temu płyty z poezją Jana Rybowicza. Moim zdaniem są to lepsze płyty niż cała reszta razem wzięta. W każdym razie, Jan Rybowicz napisał taki wiersz pt. “Tabletki ze słów” i zaczyna się on tak: Kogo nie boli, ten nie pisze wierszy, bo i po co. Potem jak sobie myślałam jak nazwać swojego bloga to ten wiersz ciągle mi chodził po głowie. (Poza tym jest taki żart medyczny: Panie doktorze, boli mnie tu, tu, tu, tu, tu, tu, tu i tu. O, to świetnie, bo ja jestem lekarzem od siedmiu boleści).

Uważam, że ludzie powinni tworzyć. Nie robimy tego, bo nikt nas nie zachęca. Ostatnio się orientuję, że moja córka wchodzi w wiek, kiedy jest możliwe robienie z nią jakichś przemyślanych projektów artystycznych w stylu dom z kartonu. Mogłabym tak siedzieć i wycinać z nią, naklejać naklejki, przybijać pieczątki cały dzień. Nie robię tego, bo ona nie może ze mną tak siedzieć cały dzień. Nieważne, ważne że zbliżają się dni, kiedy będę mogła realizować się artystycznie bez presji, że moje dzieło musi być doskonałe. Może to być karton po zamówieniu z apteki internetowej pomalowany fluorescencyjnymi farbkami z Ikei. To jedna z fantastycznych rzeczy w posiadaniu dzieci.

Ludzie powinni tworzyć – tak jak potrafią, z tego co potrafią. To zdrowe i dobre.

Po co ci ten blog? Czemu piszesz?

Czasami moja głowa pęka od przemyśleń. Przemyślenia krążą ostatnio wokół takich tematów:

Byłam niedawno na filmie “Tully”, który porusza dosyć sprawnie różne ważne aspekty związane ze współczesnym macierzyństwem. Byłam sama, bo jestem na końcówce ciąży i nie mogę robić zaawansowanych planów towarzyskich. Uważam, że z racji zawodu mam bardzo ciekawe przemyślenia po seansie.Teraz bardzo chcę o tym z kimś pogadać, ale nikt nie był.

Albo wdałam się ostatnio w niezwykły ciąg rozmów na temat antykoncepcji. Rozmawiam z zagorzałymi katoliczkami, z innymi lekarkami, czytam o historii… Nawijam o tym Markowi cały czas, nie wiem czy aż tak go to interesuje.

Poza tym czekam na poród. Czy ludzie wiedzą, że na poród się czeka? Że wypatruje się jego zwiastunów jak kroków najlepszego przyjaciela? Że dominującym uczuciem przed porodem nie jest strach tylko pełne nadziei wyczekiwanie?

To wszystko pęcznieje w mojej głowie, układa się w akapity, zdania.

Oczywiście z procesem twórczym wiąże się mnóstwo wątpliwości. A kogo to obchodzi? A po co to pisać? Znowu o dzieciach? Znowu o medycynie? Czy jestem wystarczająco kompetentna? Czy nie robię za dużo błędów? A co jak przeczyta to ktoś, kto mnie nie znosi? Czy to nie zbyt osobiste? Czy to jest w jakiś sposób uniwersalne?

Koniec końców jednak czytam swoje stare wpisy i cieszę się, że powstały. Nawet te, które napisałam, kiedy miałam siedemnaście lat. Nawet te, które czytało osiem osób. Koniec końców jednak dobrze wiem, że Riennahera ma rację. Cokolwiek się dzieje, należy nie przestawać pisać.