“Tully” – refleksje przez psychiatryczną soczewkę (ze spoilerami)

Jeśli czytasz ten wpis to prawdopodobnie jesteś już po seansie filmu „Tully” z Charlize Theron w roli głównej. Jeśli nie – nie czytaj dalej, idź do kina i wróć.

Mamo, co jest nie tak z twoim ciałem?

Jeśli tak – to już wiesz, że jest to film o matce trójki dzieci, z których najmłodsze jest noworodkiem, średnie to wymagający nadwrażliwy chłopiec bez konkretnej diagnozy, najstarsza to całkiem fajna dziewczynka. Główna bohaterka jest wykończona i po kilku tygodniach zatrudnia nocną nianię – kogoś, kto ma jej pomagać w nocnej opiece nad niemowlakiem. Niania okazuje się być idealna. Nie dość, że świetnie radzi sobie z dzieckiem, to prowadzi bohaterce po nocach mini psychoterapię, sprząta, piecze babeczki. Dzięki temu główna bohaterka – Marlo – odżywa, jest w stanie czerpać radość z macierzyństwa, wyrabia się w swoich założeniach, jest w stanie znajdować rozwiązania dla problemów. Po czym okazuje się, że żadnej niani nie było.

Zasoby, zasoby

Podczas seansu myślałam, że jest to w jakiejś warstwie film o zasobach. Sam pomysł nocnej niani uważam za ciekawy i zupełnie nieznany w naszych warunkach. Proces odżywania bohaterki dzięki odpowiedniej dawce snu, odciążeniu jej w części obowiązków, jest dość wiarygodny. Marlo jest bowiem przeciążona nie tylko fizycznie – choć to ma kolosalne znaczenie, ale też psychicznie – wyraźnie na niej spoczywa cały ciężar opieki nad wymagającym synem, znoszenie jego ataków histerii, wizyty w szkole i rozmowy z dyrekcją – pod płaszczykiem uprzejmości komunikaty w stylu „niech pani coś z tym zrobi”. Zjawia się dziewczyna, z którą ona nie tylko może porozmawiać na poziomie (ach, jak to jest potrzebne przy całodniowej orce przy dzieciach), która też nazywa jej problemy, trochę ją wentyluje, a oprócz tego odciąża zupełnie fizycznie – nosząc, bujając niemowlę, pozwalając się wyspać, gotując, sprzątając. To takie bardzo self-regowe: mamy jakieś ograniczone zasoby, one nam się wyczerpują, a jak się wyczerpują to trudno jest znajdować rozwiązania, stawiać sobie ambitne cele. Uwielbiam scenę, w której bohaterka daje dzieciom mrożoną pizzę, one siedzą przy smartfonach, wraca mąż: Mrożona pizza, ekstra.. hm, myślałem że dzieci nie mogą korzystać z telefonów przy kolacji? To znaczy mi to nie przeszkadza, to twoja zasada…

Pewnie, że lepiej jest, kiedy dzieci nie korzystają ze smartfonów podczas jedzenia. Ale przy wyczerpanych zasobach przechodzi się na plan minimum: grunt, żeby nikt nie umarł.

I jeszcze o tych rozmowach w szkole: jakoś tak wyszło, że wzięłam na siebie odwożenie mojego dziecka do przedszkola. Placówka była po drodze do mojej pracy, w zasadzie odwiezienie dziecka to jakieś 10 minut więcej. Tyle, że przy tym biorę na siebie wszystko: ciężar emocjonalny i fizyczny budzenia dziecka rano, ubierania go na śpiocha, znoszenia do auta, parkowania na ciasnym parkingu pod przedszkolem, ewentualnego marudzenia przy wchodzeniu na salę. Biorę na siebie rozmowy z przedszkolanką, czepianie się o kaszel, tłumaczenie się ze spóźnień i tak dalej. Mam spięcie rano z przedszkolanką, mogę zadzwonić do męża, on mi powie, że to głupia baba i nie ma się co przejmować, ale to ja muszę z nią jakoś funkcjonować mijając się co rano. I mówię to jako mama wspaniałej dziewczynki bez żadnych zaburzeń, zasadniczo dobrze funkcjonującej w grupie, pogodnej i grzecznej. I tak to jest obciążenie.

Zasoby, zasoby. Trzeba je regularnie uzupełniać chcąc przynajmniej z grubsza trzymać się założeń. A założeń trzeba się trzymać, żeby nie mieć pod koniec dnia poczucia kompletnej porażki. A przy dzieciach one się koszmarnie szybko wyczerpują.

Proszenie o pomoc

Inna scena, od której trudno mi się uwolnić: Marlo na granicy wyczerpania mówi do męża, że jednak może zdecyduje się zatrudnić nianię. Na co on: ech, no czy ja wiem, twój brat za to płaci i będzie się wynosił… On nawet nie mówi nie, jego reakcja po prostu nie jest entuzjastyczna. Ja wiem, że ona w tej chwili rezygnuje. Znam to z doświadczenia.

Obserwuję różnice między moim zajmowaniem się dzieckiem a zajmowaniem się przez mojego męża.

On robi bardzo dużo rzeczy, żeby sobie to ułatwić. Na jeden z wyjazdów nie wzięliśmy naszego wózka, bo został w bagażniku auta, które było u mechanika. Na tym wyjeździe sprawiedliwie podzieliliśmy się opieką nad dzieckiem. Po jednym dniu spacerowania w pożyczonym wózku mój mąż zaczął intensywnie myśleć, kto może nam ten nasz wózek jednak na wyjazd przywieźć. To tylko jeden z przykładów, ale wiem, że ja w tej samej sytuacji uważałabym, że skoro zawaliłam i go zostawiłam to nie mogę nikogo obarczać. Miałyśmy kiedyś rozmowę z dziewczynami z pracy, że często mężczyźni zostający z dzieckiem nie mają żadnych oporów, żeby dzwonić do swoich sióstr, szwagierek, matek (ciekawe, co? Że nie do braci, szwagrów, ojców) i prosić o jakąś formę pomocy. Bo chcą sobie odpocząć, uprawiać jakiś sport, poczytać w spokoju. Żadne tam ważne sprawy. Mi jest łatwo przyjąć tylko wprost złożoną ofertę albo prosić o pomoc, gdy mam sytuację podbramkową i muszę coś koniecznie załatwić. „Jestem zmęczona” – co to za powód w ogóle. „Poszłabym sobie sama na spacer” – a czemu sama, skoro możesz z dzieckiem. Bardzo bym chciała się pozbyć tego sposobu myślenia.

Ważne też jest w tym kontekście, że mąż Marlo to całkiem przeciętny gość, zapewne jest cała masa dużo gorszych. Po prostu jest trochę niedomyślny, w kilku scenach się nawet pyta czy wszystko ok, ale po zapewnieniu żony, że tak, pewnie, zakłada słuchawki i wraca do zabijania zombie w grze. Nie wie, że można inaczej. Nikt mu tego nie pokazał. Ze strony bohaterki też nie padają żadne jasne komunikaty.

Absolutnie genialna scena w szkole. Nie o trudach macierzyństwa, nie o psychozie. O traktowaniu dziecka jak człowieka, a nie problemu.

Psychoza poporodowa?

Nie da się ukryć, że jest to też film o zaburzeniach psychicznych po porodzie. Choć osobiście widzę postać Tully jako coś między metaforą, fantazją na granicy urojeń a głęboką tęsknotą za dawną sobą – a nie halucynację (halucynacje czy omamy w postaci tak realnej osoby są w ogóle rzadkością), moim zdaniem Marlo miała manię poporodową.

Choroba dwubiegunowa to jedno z najciekawszych psychiatrycznych zagadnień. Jestem pewna, że po świecie chodzi mnóstwo niezdiagnozowanych czy też błędnie zdiagnozowanych osób cierpiących na to schorzenie. W filmie jest pokazane tak wiarygodnie, że zastanawiam się czy scenarzystka nie zetknęła się z podobnym przypadkiem i opisywała go – być może nieświadomie.

Choroba dwubiegunowa wielkim uproszczeniu polega na tym, że okresy depresji przeplatają się z okresami manii. Powszechnie mania kojarzy się z odhamowaniem, zakupoholizmem, wydawaniem ogromnych sum, zakładaniem biznesów… i tak też często wygląda. Przy takim obrazie postawienie diagnozy jest bardzo proste. Ale istnieją też jej bardziej subtelne postacie.

Marlo przede wszystkim świetnie funkcjonowała mimo braku snu. Tully mówi: Jestem jak Arabia Saudyjska, mam zwyżki energii. Początkowo tylko sprząta, piecze po nocy. Jej córka mówi, że zaczęła się malować i wygląda jak Draculaura z Monster High. Jest bardziej odważna niż na co dzień – pyskuje dyrektorce, śpiewa z córką karaoke, daje sobie pomalować twarz na przyjęciu. Wygląda to bardzo dobrze – właśnie „odżyła”, „wróciła do siebie”, wszystko to można tłumaczyć lepszą organizacją życia i podładowaniem baterii. Ale potem widać, jak sytuacja wymyka się spod kontroli. Wyjście z domu, zostawienie niemowlaka bez poinformowania męża o tym (czyli rzeczywiście – trochę bez opieki), impreza na mieście, jazda pod wpływem alkoholu – na rowerze, a potem samochodem.

Czy Marlo chorowała na chorobę dwubiegunową czy miała pojedynczy epizod maniakalny po porodzie – trudno orzec. Podczas filmu dowiadujemy się trochę o jej historii – depresja poporodowa po poprzednim porodzie, myśli samobójcze w młodości (podczas jazdy samochodem Tully mówi do Marlo chciałaś mnie zabić). Na pewno jakbym była wezwana na konsultację do tej pacjentki po wypadku to bym dopytała o parę rzeczy.

Ale myślę, że pokazanie, że zaburzenia psychiczne po porodzie mogą mieć inną postać niż depresja poporodowa – jednak już dosyć często wspominana w mediach – to duża wartość tego filmu.

oczywiście sceny z dzieciakiem, na których ryczałam jak bóbr

Na koniec…

Niektórzy zarzucają filmowi, że niedostatecznie omawia kwestię odpowiedniej opieki psychiatrycznej i wychodzenia z zaburzeń psychicznych po porodzie.

Ale moim zdaniem – ten film nie jest o tym. Celowo na końcu omówiłam kwestie psychiatryczne. To jest drugorzędna sprawa, że Tully nie była prawdziwa. Mogła być realną osobą i przekaz byłby podobny: nie mówi się o tym, ale macierzyństwo – zwłaszcza wielomacierzyństwo, zwłaszcza przy wymagającym dziecku – bywa wyzwaniem ponad siły jednej osoby. Chociaż cieszę się, że Tully okazała się młodszą wersją samej Marlo, bo takie rzeczy, jakie ona jej mówi, czyli jesteś świetną matką, idź sobie odpocząć, jakbyś chciała trochę pohałasować z mężem…, nie wyłączaj tego programu skoro go lubisz – to są właśnie rzeczy, które powinnyśmy umieć powiedzieć… same sobie.

_____________________

gify z giphy.com