drugie dziecko już tu jest czyli jak wyprodukowałam człowieka 2

Od początku podejrzewałam, że to chłopiec. Była to ciąża niedająca absolutnie żadnych objawów. Do tego stopnia, że siedząc w kolejce na pierwsze badania prenatalne poważnie zastanawiałam się, czy coś mi się nie pomyliło i czy to na pewno dobre miejsce. Miałam absurdalne przekonanie, że lekarka spojrzy na mnie zdziwiona przykładając głowicę USG poniżej pępka. Nawet powiedziałam coś w stylu: wie pani co, ja w sumie nie jestem pewna, czy coś tam jest… 

Stara ginekolog marszczy brwi i patrzy na mnie zdegustowana: no jest, jest, a gdzie ma być. Na ekranie pojawia się przebierający nogami i rękami ludzik. Myślę sobie, że to bardzo dziwne, że on tam jest.

fot. Isaac Del Toro na Unsplash.com Stopy jako najbardziej fotogeniczna część dziecięcego ciała

 

Przez większość czasu prowadzę taki sam styl życia, jak wcześniej – chodzę do pracy, popołudniu na plac zabaw, codziennie rano wożę córkę do przedszkola, często noszę ją na rękach. Co jakiś czas zapominam, że jestem w ciąży, co jakiś czas ogarnia mnie obezwładniające zdumienie i wdzięczność, że wszystko tak spokojnie i prawidłowo przebiega.

Ten stan jednak musi się kiedyś skończyć. Nie możemy tak wiecznie trwać, nie może nam być wiecznie dobrze. Dziewiąty miesiąc ciąży jest już bardzo uciążliwy, ale to dobrze, bo to wymusza zmianę. Balon rośnie, pęcznieje i kiedyś musi pęknąć. W pewnym momencie zmiany się już wypatruje – nawet jeśli będzie trudna czy potencjalnie traumatyzująca to przynajmniej przyniesie ulgę, przynajmniej zakończy jakiś etap. Marek pyta, czy nie boję się porodu. Jakoś bardziej boję się (choć to zupełnie bez sensu), że poród nigdy nie nadejdzie, że już zostanę w tym stanie na zawsze. Ale oczywiście nadchodzi, nie może być inaczej. Przed samym rozwiązaniem dużo rozmyślam o biblijnych alegoriach wiążących oczekiwanie na poród z oczekiwaniem na koniec świata.

Mimo wszystko przeżywam przyjście na świat swojego drugiego dziecka bardzo dobrze. Nie zapisuję się na razie do klubu kobiet przeżywających mistycznie macierzyństwo, choć ten klub od jakiegoś czasu mnie fascynuje i dziwnie pociąga. To te kobiety, które podczas bóli rozwierających wizualizują sobie otwierający się kwiat, a podczas karmienia piersią – wodospady mleka. Zdarzało mi się podnosić wysoko brwi lub sceptycznie marszczyć czoło słuchając tych wspaniałych opowieści okołoporodowych (pełnych duchowych uniesień, łez wzruszenia i odkrywania swojej wewnętrznej dzikuski) – jestem jednak z tych, które podczas bóli rozwierających wizualizują sobie głównie znieczulenie zewnątrzoponowe. Ale jednocześnie wydaje mi się, że jakby się nie bronić przed właśnie takim – trochę odjechanym – przeżywaniem, wszystko byłoby trochę łatwiejsze do zniesienia.

Często zastanawiam się, czy to, że jestem lekarką – i to lekarką, która rodziła siłami natury – mam jakąś inną wrażliwość niż reszta społeczeństwa. Szczerze mówiąc, dla mnie opowieść porodowa to nie jest specjalnie intymna opowieść. Dla mnie to opowieść rodzaju „uratowałam się z powodzi w 1997” albo „przeżyłam dachowanie samochodu”. To jest jakaś ciekawa rzecz, która mi się przydarzyła. Bardzo lubię czytać historie porodowe innych kobiet. Mam wrażenie, że kobiety też bardzo lubią o tym opowiadać. Czasem inna matka – zupełnie obca – zagadnięta o okoliczności przyjścia na świat jej dzieci wylewa z siebie opowieści, tak jakby czekała tylko na chętne ucho do słuchania. Przypadkowa dziewczyna na weselu, pani w warzywniaku. Myłam podłogę i wtedy… obudziłam się nad ranem… mąż początkowo nie chciał… Może dlatego, że opowieści porodowe to często nie tylko historia jakiejś czynności fizjologicznej czy zabiegu medycznego, ale też historia o pokonywaniu własnych ograniczeń, przeciwstawieniu się komuś, przetrwania jakiegoś kryzysu i tak dalej.

Mimo, że nigdy nie byłam tym studentem medycyny, który z fascynacją ogląda zwłoki, pcha się do sekcji, nawet niespecjalnie chętnie stawałam na hakach do zabiegów, a ostatecznie wybrałam specjalizację najmniej cielesną – to jednak nie widzę nic bardzo osobistego czy obrzydliwego w stwierdzeniu „wody mi odeszły” albo „mam regularne skurcze”. A jednak – zwłaszcza gdy rozmówca jest mężczyzną – widzę, jak po jego twarzy przemyka cień niepewności – czy zaraz nie zacznę opowiadać za dużo? No to dobrze, nie kontynuuję. Urodziłam dziecko naturalnie i dobrze to przeżyłam.

fot. rawpixel na Unsplash.com

No i jest, urodził się, zmaterializował. W naszym mieszkaniu żyje teraz jeden człowiek więcej. Jest noworodkiem i zachowuje się bardzo noworodkowo – dużo śpi, często się budzi, często je, często trzeba mu zmieniać pieluchy. Są początkowo takie sceny: jestem strasznie niewyspana, nie doszłam do siebie po porodzie, dziecko ciągle chce jeść, starsze dziecko ciągle chce się przytulać i jest nerwowe, ja też się szybciej denerwuję, szybciej robię głodna i trochę więcej płaczę.

Ale po paru dniach ustala się jakaś równowaga. Noworodek wygląda coraz lepiej i coraz lepiej radzi sobie ze swoimi podstawowymi czynnościami życiowymi. Niby miałam z nim spać osobno, ale jakoś w nocy przychodzi do mnie córeczka. Noworodek śpi na mojej klatce piersiowej, ona znajduje jakiś wolny skrawek mojego ciała, żeby się przytulić. Za oknem wschodzi słońce i myślę sobie, że mniej więcej właśnie o to chodziło.