dobry dzień/zły dzień, oczekiwania/rzeczywistość

O założeniach i rozczarowaniach, o ocenianiu siebie i podsumowaniach, o matce i o lekarce.

(fot. Sharon McCutcheon na Unsplash.com) Co będzie lepiej ilustrować ten wpis niż zdjęcie nieogarniętej matki?

Dobry dzień jest wtedy, kiedy uda mi się wyrobić ze wszystkimi założeniami. Czyli: rano moje dziecko jest w przedszkolu przed śniadaniem, a nie, że na ostatnią chwilę. Pogodne idzie jeść z innymi dziećmi, a ja uzupełniam szafkę o brakujące zamienne części garderoby, których tym razem nie zapomniałam. Odbieram ją przed przedszkolną drzemką, mamy całe popołudnie dla siebie. Dobry dzień jest wtedy, gdy udaje nam się unikać cukru. W dobry dzień moja córka zjada trzy miski samodzielnie przeze mnie ugotowanego rosołu, oblizując łyżkę. Prosi o przekąskę, ale w dobry dzień jestem przygotowana – dostaje albo zamrożony sok (not from concentrate!) stylizowany na loda na patyku dzięki foremkom z Ikei albo – jeszcze lepiej – samodzielnie przez nas przygotowane innego dnia (podczas super rozwijającej zabawy sensorycznej) lody ze zmrożonego banana. Czas spędzamy na budowaniu zamków i statków z Duplo, malowaniu kartonów i dużych arkuszy papieru, znaczną część dobrego dnia jesteśmy na placu zabaw i mamy czas na oglądanie przyrody, a ja mam siłę na gonienie jej po osiedlu. W dobry dzień moje dziecko nie ogląda bajek – albo może jeden-dwa odcinki jakiejś fajnej serii na Netflixie (ja wtedy robię coś sensownego, sprzątam albo wieszam pranie), w dobry dzień idzie spać umyta (z umytą głową! z umytymi zębami!), o sensownej porze. Wieczorem mamy czas przeczytać kilka książek, naszych albo – innego dobrego dnia – upolowanych w bibliotece.

Oczywiście takie są założenia, ale zazwyczaj coś pójdzie nie tak. Albo jesteśmy na placu zabaw pół dnia, ale wtedy ratuje nas słodka przekąska z osiedlowego sklepu (ach, ten cukier! ach, ten przeklęty syrop glukozowo-fruktozowy! czai się wszędzie) albo moje dziecko nie współpracuje i wszelkie próby kreatywnych zabaw rozbijają się o marudne „chcę bajkę… bajkę!” albo ja jestem tak zmęczona, że jedyna rozwijająca rozrywka, na jaką mogę się zdobyć to udawanie pacjenta i poddawanie się bandażowaniu papierem toaletowym. Zazwyczaj jestem z siebie niezadowolona, idę spać ze świadomością, że gdy nikt nie patrzył poszłam na łatwiznę i mimo ładnej pogody nie wyszłam z domu, bo mi się nie chciało, dałam dziecku na kolację płatki śniadaniowe (skąd one się wzięły w ogóle w naszym domu?) z mlekiem albo nie zareagowałam w porę i pozwoliłam, żeby next episode in 4… 3… 2… 1 second – po prostu się włączył.

Powrót do pracy po poprzednim macierzyńskim był dla mnie dużym wytchnieniem. Zastanawiałam się, dlaczego – w końcu trzeba wcześniej wstawać i mierzyć się z różnymi wyzwaniami, od których jest się wolnym w domowych pieleszach. Ale jest też tak: do pracy zdarzało mi się spóźnić. W pracy zdarzało mi się zalegać z dokumentacją i uzupełniać zaległości z kilku tygodni wstecz na dyżurze. Czasem byłam tak zmęczona, że wykonywałam absolutne minimum swoich obowiązków. Czasem zdarzali się niewspółpracujący pacjenci, z którymi mimo szczerych chęci trudno było nawiązać relację czy przekonać ich do leczenia. Czasem zapomniałam coś zrobić i okazywało się, że ktoś coś zrobił za mnie albo i nie zrobił i jakieś badania albo leki były zlecone z poślizgiem. Nie mówiąc o tym, że czasem ktoś miał urodziny i zjadałam w ciągu dnia pół blachy ciasta.

I przy tym wszystkim uważam, że jestem pracowita, odpowiedzialna, kreatywna, szybko się uczę. Myślę o sobie – naprawdę, w głębi serca – jako o dobrym pracowniku.