“A ja żem jej powiedziała…” czyli głowa w strumieniu świadomości Kasi Nosowskiej

Jestem dosyć emocjonalnie związana z Kasią Nosowską i chyba sama nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo, dopóki na potrzeby tego wpisu nie zaczęłam znowu słuchać namiętnie Heya. Zaczynając od Mojej i twojej nadziei, która na zawsze kojarzy mi się z jedyną katastrofą naturalną jaką przeżyłam (powódź, 1997), przez hity w stylu Teksański czy Zazdrość, na których uczyłam się grać na gitarze i śpiewałam je milion razy, przez to jak z koleżankami zastanawiałyśmy się w wieku nastoletnim o czym w zasadzie jest Ho i czemu podmiot liryczny je chleb w łonie matki. Potem darmowe koncerty na juwenaliach, na które jeździłam w liceum i Nosowska z rękami w kieszeniach, nieruchomo stojąc na scenie śpiewa Ja, sowa. Jak włączam te piosenki na Spotify to uruchamia się we mnie taka lawina wspomnień, że w pewnym momencie muszę to wyłączyć, żeby się nie popłakać. Zaczynam od hitów Heya, ale potem maltretuję na odtwarzaczu mp3 Echosystem ucząc się do matury, spacerując po szkockich polach podczas mojej trzymiesięcznej emigracji słucham na discmanie UniSex Blues – solowy album Nosowskiej, potem na studiach, na imprezie, na której przyklejam się do mojego obecnego męża, koleżanka (z którą też się później związuję, jak już urodzimy dzieci) mówi –  Powiem ci, jaka jest najpiękniejsza piosenka świata. Kochaj mnie mimo wszystko.

A ja żem jej powiedziała… to zbiór felietonów na różne tematy. Niektóre są naprawdę śmieszne (naprawdę śmiałam się parę razy na głos idąc po ulicy), jest też sporo ubolewania nad kondycją współczesnego świata, trochę własnych doświadczeń. Teksty są krótkie, błyskotliwe, ładnie spuentowane.

Moim zdaniem Nosowska pisze bardzo dobrze. To znaczy myślałam tak zanim posłuchałam tej książki – kurcze, niektóre teksty jej piosenek mnie autentycznie zachwycają. Tu jest tak samo – słowa są dobrze dobrane, jest ich dokładnie tyle, ile ma być, przekaz tekstu jasny, metafory intrygujące, nieoczywiste.

Ale jest coś jeszcze. W jednej z piosenek Heya autorka śpiewa: chciałabym móc zanurzyć głowę w strumieniu twojej świadomości. I to jest coś, co rozumiem. Wydaje mi się, że chęć poznania tego, co ludzie mają w głowach to moje podstawowe życiowe zainteresowanie. Co myślą, jak myślą, dlaczego w ten sposób. Łapię się różnych sposobów, żeby się tego dowiedzieć: czytam blogi, anonimowe fora, słucham przypadkowych osób i – rzecz jasna – pracuję w szpitalu psychiatrycznym.

I są takie książki, których autor daje się poznać, bardzo osobiste. Na przykład: Jak pokochać centra handlowe N. Fiedorczuk, Najgorszy człowiek na świecie M. Halber, Świadek Roberta Rienta. Po lekturze każdej z tych książek miałam wrażenie, jakbym trochę tę głowę w tym strumieniu świadomości zanurzyła. I było to bardzo ciekawe doświadczenie, ale też miałam poczucie, że z żadnym ze wspomnianych autorów nie byłoby mi do końca po drodze w prawdziwym życiu.

A Katarzyna Nosowska dzieląc się tym, co jej leży na sercu i wątrobie zostawiła mnie z poczuciem, że mogłabym się z nią zaprzyjaźnić, chodzić na kawę, dzielić się spostrzeżeniami na temat świata. Lubię ją. Wcześniej też lubiłam, ale po tej książce polubiłam jeszcze bardziej. To mój sposób myślenia, mój sposób postrzegania świata: dużo autoironii i nabijania się z siebie, dostrzeganie w życiu paradoksów i absurdów, błyskotliwe żarty z beznadziejnych zachowań i sytuacji. Nie poznałam w życiu aż tak wielu ludzi, którzy by tak spoglądali na świat i jeszcze umieli to zgrabnie przekazać, bywało, że miałam chwilami bolesny wręcz niedobór kompanów do ponurego żartowania na temat rzeczywistości.

Czytałam w sieci nieprzychylne opinie na temat tej książki – komuś nie podobał się pogląd Nosowskiej na temat demonstracji, komuś nie pasowało, że autorka nie rozumie dziewczyn pchających się jej kolegom do łóżka. Ale moim zdaniem tu nie chodzi o to, czy się z nią zgadzam czy nie. Te teksty są napisane w taki sposób, że można się z nimi polemizować, dyskutować. Dla mnie też nie wszystkie doświadczenia autorki są bliskie – na przykład mężczyźni w moim życiu byli raczej w porządku, nie jestem zazdrosna, koleżanki mnie nie zdradzały. Tu chodzi o perspektywę. Mi się podoba ta perspektywa. Mnie ciekawi ten świat przefiltrowany przez głowę autorki.

Poza tym lubię, kiedy ludzie mają zdanie na jakiś temat, potrafią je ubrać w słowa. Lubię, jak ktoś czasem podczas spotkania nawet trochę niestosownie wyskoczy przed szereg ze swoim poglądem. Wtedy można rozmawiać. Myślę, że świat byłby fajniejszy, gdyby ludzie komunikowali się bardziej otwarcie, nie chowali się w swoich kokonach, dawali się poznać szybciej – o ileż łatwiej zawierałoby się przyjaźnie, o ileż sprawniej unikałoby się rozczarowań.

„Zadałam sobie pytanie, co w tym zajęciu sprawia mi autentyczną przyjemność, na którym etapie działalności jestem najbardziej sobą, w sobie, czuję się bezpiecznie, a w okolicy serca wzrasta temperatura. Najszczersza z najszczerszych odpowiedzi brzmi – pisanie. Ten samotny moment, kiedy z chmary słów wyłapuję te, które najlepiej opowiedzą emocje. (…) W tym wszystkim chodzi o doświadczenie chwili, gdy dzięki słowom dochodzi do porozumienia. Najszczęśliwsza jestem wtedy, gdy drugi człowiek mówi: Mam tak samo. Czytam cię w znaczeniu: rozumiem. Wtedy gubię poczucie osamotnienia, a przeświadczenie, że jesteśmy tak bardzo do siebie podobni przechodzi w pewność. Zdarza się, wcale nierzadko, że nie trafiam, że ktoś widzi w moim przekazie tylko bełkot. To nic. Wystarczy ktokolwiek, jedna osoba, którą oddziela ode mnie przestrzeń i czas, ale kontakt nadal jest możliwy. (…) Piszę, bo mam nadzieję, że jest ktoś, kto to zrozumie.”

Jakby co, ja rozumiem.