sekret rodziny wielodzietnej

Fascynuje mnie to, że niektórzy ludzie mają tak bardzo dużo dzieci. Na przykład pięcioro. Albo mają pięcioro i mówią, że chcieliby szóste. Że nie mają dość.

fot. Robert Collins, unsplash.com
Nie znam osobiście nikogo z mojego pokolenia, kto miałby więcej niż troje dzieci, ale znam ludzi z trojgiem, czworgiem rodzeństwa i zazwyczaj są to bardzo fajne osoby

Tekst na moim blogu, który ma najwięcej komentarzy to tekst o widmie drugiego dziecka. Streścić go można następująco: moje życie po urodzeniu dziecka wreszcie zaczęło przypominać to sprzed ciąży, zajmuję się innymi rzeczami niż dzieckiem i trochę szkoda mi to porzucać na rzecz kolejnego potomka. Z drugiej strony czuję, że dobrze byłoby mieć dzieci z małą różnicą wieku i co tu zrobić. Pisałam ten tekst gdy moja córka miała około 16 miesięcy, w drugą ciążę zaszłam kilka miesięcy później.

Przy pierwszym dziecku każdy etap żegnałam z uczuciem ulgi. Już nie je tylko mojego mleka, już zostaje z kimś innym, już rezygnuje z pieluch, o, już w ogóle nie pije mojego mleka (żadna tam żałoba po karmieniu piersią), już mówi na psa „pies” a nie „hau”, już mam w domu małego przedszkolaka i stwierdzam, że wolę takie większe dziecko niż mniejsze.

Jak się posłucha ulicznych mądrości na temat różnicy wieku między dziećmi to zawsze mniejsza różnica jest lepsza, bo „trzeba szybko wyjść z pieluch”, ma się etap małych dzieci szybko za sobą, dzieci bawią się potem ze sobą i ma się je z głowy.

Ale nie wszyscy tak myślą. Rodzice wielodzietni zupełnie świadomie decydują się na czwarte, piąte, szóste dziecko. Ci ludzie latami nie „wychodzą z pieluch”, ciągle mają w domu małe dziecko, nikogo nie mają z głowy.

fot. Charlein Gracia, unslash.com Kiedyś koleżanka, która ma czwórkę rodzeństwa powiedziała mi, że siostry w podobnym wieku to najlepsze, co może człowieka spotkać

Próbuję wyobrazić sobie siebie jako matkę pięciorga dzieci. Oczywiście pierwsza myśl jest taka, jak większości moich koleżanek, gdy się o to pytam: nie, ja bym tak nie mogła. Ja się do tego nie nadaję. Zwariowałabym.

Ale potem myślę: ale co w zasadzie jest w tym takiego ciężkiego, trudnego, męczącego? Co przekracza moje możliwości? Czemu opieka nad moimi własnymi dziećmi miałaby doprowadzić mnie do obłędu?

Dopytuję matki wielodzietne przez internet: nie męczy was ciągłe niewyspanie? czy ktoś wam pomaga?  – trochę licząc na to, że sekret wielomacierzyństwa leży w innej sytuacji życiowej. Może to są ludzie bajecznie bogaci i mają sztab nianiek albo rodzą im się wyjątkowo spokojne dzieci. Ale w gruncie rzeczy zanim usłyszę odpowiedź już mogę sobie ją wyobrazić: w zasadzie nie jesteśmy niewyspane, nie, nikt nam nie pomaga, rodzą nam się normalne dzieci – bardziej i mniej wymagające, hałasujące, niesforne.

W głębi serca wiem, że sekret leży w spojrzeniu na opiekę nad dziećmi. Bo jak się dobrze zastanowię to widzę, że w zasadzie nie jestem teraz (przy dwumiesięczniaku) jakaś szczególnie niewyspana. Czuję się dobrze, zupełnie normalnie. Jeśli chodzi o pomoc przy dzieciach to myślę, że otrzymuję od rodziny większą niż niejedna wielomatka. Dzieci mam całkiem spokojne, zdrowe i współpracujące. A mimo to patrzę na mojego syna i myślę sobie: fajnie to będzie za dwa lata, jak się będzie bawił z siostrą albo przynajmniej za parę miesięcy, jak go będę mogła zostawić dziadkom i pójść z mężem na saunę. Życie jest gdzieś tam, to teraz to taki okres przejściowy, który trzeba przetrwać.

Podglądam internetowe wielomatki, zastanawiam się i dopytuję, bo czuję, że mają coś, czego ja nie mam. Ale to coś nie jest zupełnie poza moim zasięgiem – to sprawienie, że opieka nad dziećmi będzie zupełnie normalna, naturalna, wcale nie przykra. To gdzieś we mnie jest, szukam tego i staram się to nazwać.

I myślę, że po pierwsze chodzi o to, żeby się tak bardzo nie spinać. Czasami jestem tak zestresowana tym, że moje dziecko je za dużo słodkiego, że nie mogę spać w nocy, a raz jak widziałam, że dostaje od kogoś czekoladkę to wydawało mi się, że zaraz zemdleję. Czasy nie sprzyjają temu, żeby nie wkręcać się w jakieś fizjoterapeutyczno-dietetyczne terrory (zazwyczaj okazuje się, że to czego pragnie dziecko, co go uspokaja albo zajmuje na chwilę jest śmiertelnym zagrożeniem dla jego przyszłego zdrowia), ale przynajmniej trzeba spróbować. I odpuścić to stałe staranie się, żeby być lepszą wersją siebie przy dzieciach, co uważam za najbardziej męczący element bycia matką. I jeszcze przestać uważać, że ze mną lub z moimi dziećmi jest coś nie tak.

A po drugie, trzeba przyjąć tę rolę przywódcy, która ma swoją cenę, ale i swoje przywileje. Rozdzielać obowiązki i wymagać współpracy. Zorganizować się tak, żeby było wygodnie i starać się żyć teraz, z dziećmi.

Odkąd rozmyślam o rodzinach wielodzietnych i staram sobie wyobrazić to, co jest teraz jako stan długotrwały miałam kilka naprawdę dobrych chwil z moimi dziećmi – też z tym najmniejszym. Spacery, podczas których nie skanuję non stop otoczenia i nie wypatruję zagrożeń, tylko jestem. Nie wychowuję, nie staram się czegoś nauczyć, tylko jestem, żyję. Nie tylko ja towarzyszę im, ale też oni mi. A z drugiej strony sprawne wyjścia do sklepu: dzieciarnio, idziemy, jak żołnierz, szybciutko, bo muszę sobie kupić mleko do kawy. I nic w tym trudnego, niemożliwego.

Na końcu książki “Dobra relacja” Małgorzaty Musiał jest podziękowanie dla społeczności forum internetowego za pomoc w odnalezieniu drogi do własnych dzieci. Podoba mi się to sformułowanie. Czuję, że o to tutaj chodzi – o odnalezienie drogi do własnych dzieci i do siebie jako matki. Jak się ją znajdzie to już jest prosto. A ona biegnie gdzieś tu, niedaleko.