słowniczek psychiatryczny: napęd

Napęd to tempo w jakim człowiek się rusza i myśli. Napęd to jeden z parametrów, który wpisujemy do formularza badając pacjenta, ale można go ocenić od pierwszego kroku w gabinecie, od pierwszego zdania, jakie wypowie. Czy podchodzi szybko czy wolno? Czy mówi szybko, czy odpowiada od razu, czy ma żywą gestykulację, żywą mimikę, czy porusza się jakby brodził w smole, odpowiada po przerwie, lakonicznie, powoli? Czy może nie, może w ogóle jego napęd w żaden sposób nie zwraca uwagi, nie drażni – wobec tego można przyjąć, że mieści się w normie.

fot. Hosea Georgeson na Unsplash.com
Wpis ilustrują zdjęcia pojazdów, ponieważ napęd to taki niewidzialny silnik. A ja lubię to, co niewidzialne.

Na zajęciach z psychiatrii na czwartym roku medycyny docent prowadzący je pytał filozoficznie: Ale co tu jest normą? Czy jeśli ktoś od dwudziestu lat na bezrobociu ogląda telewizję popijając piwo – to jest norma? Czy jeśli ktoś pracuje szesnaście godzin na dobę, po czym idzie na siłownię a wakacje spędza biegając po Himalajach – to jest norma? I odpowiedź na to pytanie brzmi mniej więcej: tak już jest, że ludzie różnią się wyjściowym napędem. Nie jest to żadna nowość ani rewelacja: efekt komiczny wielu kreskówek opiera się na różnicach w napędzie (mój ulubiony przykład: scena z leniwcami w „Zwierzogrodzie” , ale też Tygrysek i Kłapouchy). Może być niepokojąca zmiana w tej kwestii, np. bezrobotny nagle zacznie biegać po Himalajach, a pracoholik zasiądzie przed telewizorem. Choć ten drugi mógł się po prostu zmęczyć.

Tempo faluje w jakichś granicach u każdego, ale mam wrażenie, że to nie jest świat dla ludzi o niskim napędzie. To nie jest świat dla flegmatyków. Spotkanie z kimś powolnym, guzdrzącym się, przymulonym (widzicie, wszystko ma negatywny wydźwięk) zawsze jest dosyć denerwujące.

Tymczasem, mimo że nawet usłyszałam kiedyś na swój temat, że jestem energiczna (niewątpliwie tempo moich procesów psychoruchowych jest raczej szybkie, jestem mocno gestykulującą i wpadającą w słowotoki osobą) to czasem brak mi pary do takiego normalnego życia. Chodzenie do pracy pięć dni w tygodniu, opiekowanie się dzieckiem popołudniami, sprzątanie, odwiedzanie rodziny, spotkania towarzyskie – i już nie mogę. Padam. Najchętniej wzięłabym tydzień urlopu i spędziła go w swoim własnym łóżku (kiedyś moja koleżanka tak zrobiła, wzięła dzień wolny i nie wstała z łóżka).

Ale kto tak robi? No nikt, bo dni urlopu jest 26 i trzeba je oszczędzać na jakieś sytuacje ekstremalne albo niezwykłe wojaże. Totalnie nie ma kiedy zwolnić.

Tylko ważne! Najczęściej napęd idzie w parze z nastrojem. Wobec tego nadmierne zwolnienie i bezczynność skutkują smutkiem i poczuciem beznadziei. Nie ma co zwalniać za bardzo. Dlatego też polepsza się nastrój, gdy się do czegoś zmusimy i wygrzebiemy z rozmemłania.

fot. María Noel Rabuñal Cantero na Unsplash.com

Straszny i piękny jest za to widok osoby w podwyższonym napędzie. Piękny, bo to często zakochanie czy odkrywanie czegoś naprawdę świetnego. Te momenty, kiedy serce bije szybciej, nie chce się spać, wstaje się o piątej z głową pełną pomysłów, czuć wiatr we włosach, rumieniec na policzku – to te chwile, dla których warto żyć. Straszny, bo nakręca też złość i agresja. Ale mimo wszystko – dopóki czasem, coś sprawia, że nawet mimo flegmatycznego usposobienia – trybiki w silniku zaczynają się poruszać szybciej, coś nas cieszy lub złości – jest dobrze.

Wydaje mi się, że sekretem mojego dużo lepszego samopoczucia podczas tego urlopu macierzyńskiego jest to, że mój rytm dnia jest zgodny z moim naturalnym napędem. Ostatnio roboty miałam trochę za mało – o tym jest tekst “Najgorsze na macierzyńskim”.

A teraz mam starsze, cudownie absorbujące popołudnia w twórczy sposób dziecko, które jednak pół dnia jest w przedszkolu i niezbyt wymagającego niemowlaka, trochę prac domowych, trochę obcowania z kulturą, trochę dbania o siebie i jest ok.

Ale to jest luksus, który doceniam. I który przeminie.