jak wychować fajne dziecko, cz. 1

Jaką metodę wychowawczą wybrać? Kogo słuchać? Czytać książki o wychowaniu czy iść na żywioł i kierować się intuicją? Hm, to wszystko zależy od tego, co chcę osiągnąć. Jakie chcę mieć dziecko? Jakie wartości chcę w nim kształtować?

fot. Allen Taylor, unsplash

Nie wiem, czy już o tym pisałam, ale generalnie bardzo lubię dzieci. Jako że większą część mojego dorastania spędziłam w harcerstwie, miałam dużo okazji, żeby zajmować się młodszymi ode mnie, w liceum prowadziłam drużynę, a potem na studiach angażowałam się w wyjazdy religijne dla dzieci w wieku od siedmiu do dziesięciu lat. Lubię prowadzić zajęcia dla dzieci, uczyć ich czegoś, rozmawiać z nimi i odkrywać ich punkt widzenia.

Praca z dziećmi jednak bywa trudna. Szczerze mówiąc nie dziwię się, że są ludzie nieznoszący dzieci, a wraz z początkiem wakacji sieć pełna jest narzekań rodziców: olaboga, wakacje, nie wytrzymam z własnym potomstwem w domu! – które rozumiem, mi też jest czasem ciężko, ale sama chciałabym tak nie mówić i tak nie myśleć. To znaczy pracować nad tym, żeby rzeczywistość z dziećmi nie była tak przytłaczająca.

Co jest trudne i męczące w przebywaniu z ludźmi poniżej piętnastego roku życia? Głównie to, że hałasują, bałaganią, kłócą się, marudzą, jęczą (niektórzy powiedzą: powyżej piętnastego roku życia jest jeszcze gorzej). Trzeba ich pilnować, żeby nie zrobiły sobie i innym krzywdy i mają trudność ze stosowaniem się do poleceń. Opanowywanie kilku kryzysów w ciągu jednego dnia stanowczo przekracza możliwości jednej czy dwóch dorosłych osób. Nic dziwnego, że oddychamy z ulgą, gdy dzieci zasną.

Czytałam na początku macierzyństwa taką książkę – „W głębi kontinuum” Jean Liedloff, która niezbyt mi się podobała, ale było w niej zdanie, które brzmiało mniej więcej: jakby dzieci zawsze doprowadzały swoich rodziców do szału to nasz gatunek by nie przetrwał. Co prawda autorka spędziła dużo czasu wśród Indian i zachęcała do kopiowania ich podejścia do dzieci w naszych warunkach, co wydaje mi się niezbyt logiczne, ale to zdanie siedzi w mojej głowie i drąży dziurę. Tak, jest coś nienaturalnego w tym, że człowiek nie może wytrzymać ze swoim własnym dzieckiem w domu.

Zorientowałam się niedawno, że należę do chyba zbyt wielu grup rodzicielskich w internecie i części pytań i odpowiedzi nie chce mi się nawet czytać, bo wywołują we mnie tylko chęć przewracania oczami. Z jednej strony mamy bowiem ultrabliskościowe środowisko, które na pytanie w stylu: mój ośmiolatek dzisiaj na moją prośbę o podanie czegoś w kuchni powiedział „nie” i dalej grał na komórce, ratunku, co robić? Odpowiada mniej więcej: zastanów się, co ci komunikuje, jakie potrzeby za tym stoją, a może się nie wyspał? Oraz moje ulubione: to rozwojowa norma!

Z drugiej strony mamy zwolenników walki z dziećmi i udowadniania kto jest silniejszy: ja bym nie dała gówniarzowi śniadania, przegłodzi się to następnym razem będzie chodził jak w zegarku. Czytam i myślę: nie mają racji! Ani jedni ani drudzy nie mają racji.

Wróćmy jednak do mojej pracy z dziećmi. Zawsze, w każdej grupie, w każdym wieku znajdowało się tzw. fajne dziecko. Fajne dziecko to dziecko, z którym jest normalna komunikacja. Na przykład podczas wycieczki w góry to dziecko powie: „Jestem zmęczony, potrzebuję odpoczynku”, a nie jęczy przez całą drogę uprzykrzając innym wędrówkę. W ogóle nie jęczy i nie marudzi. To dziecko, które angażuje się w różne zadania i zabawy czerpiąc z nich i ucząc się. To dziecko zaradne, niekoniecznie zawsze posłuszne czy zdyscyplinowane, ale entuzjastyczne, ciekawe i odważne. Z takimi dziećmi dobrze się współpracuje, też dlatego, że przebywanie z nimi nie przypomina ciągłej walki. Lektura książki „Pozytywna dyscyplina” Jane Nelsen, która jest przyczynkiem do powstania tego tekstu dała mi dobre określenie na takie dzieci: są to dzieci zachęcone. Dzieci jęczące to dzieci zniechęcone.

Chciałabym, żeby moje dzieci były dziećmi zachęconymi. Dziećmi, które korzystają z dostępnych form rozwoju, czerpią z tego radość, angażują się, są kreatywne i zaradne. Naprawdę nie zależy mi żeby miały jakieś szczególnie dobre oceny (jak słucham opowieści mojej młodszej siostry o szkole to tracę wiarę w system edukacji) czy żeby jak żołnierz słały łóżko zaraz po wstaniu (wiecie, że do tego musiałabym sama słać łóżko jak… kolwiek). Ale chyba moim najgorszym koszmarem jest wychowanie rozwalonego na łóżku ośmiolatka, który jest wiecznie niezadowolony, nie ma żadnych obowiązków, nic mu się nie podoba, a jak go poproszę żeby pomógł mi w przygotowaniu posiłku to powie “nie” i będzie nadal grał na komórce.

Kupiłam sobie książkę „Pozytywna dyscyplina”, bo czasem staję przed taką sytuacją: proszę moje dziecko o posprzątanie zabawek i ono tego nie robi. No i nie wiem co mam zrobić. Z jednej strony nie wierzę w kary i groźby (no bo zwróćcie uwagę! te dzieci, które są najbardziej nieznośne to te dzieci, którym rodzice najbardziej cisną), z drugiej strony – no bez przesady, mogę już od niej czegoś wymagać. Mogę oczywiście spróbować olać temat, ale ostatnio po cichu marzy mi się zostanie matką wielodzietną i nie chcę zginąć w gąszczu klocków Duplo.

No dobrze, no to jak wychować tzw. fajne dziecko? O tym, co mi się w tym temacie wydaje w następnym wpisie.