jak wychować fajne dziecko, cz. 2

Są takie książki o wychowaniu, które nie tyle, co podają nowe pomysły, co porządkują to, co ma się już dawno w głowie i w sercu. Przypuszczam, że różnym osobom zdarza się to przy różnych pozycjach. Dla mnie taką odkrywczą książką była „Pozytywna dyscyplina” Jane Nelsen. Piszę ten tekst, żeby uporządkować galop myśli, jaki mam po lekturze i okiełznać trochę entuzjazm, jaki się we mnie obudził. W żadnym wypadku nie uważam się za eksperta od wychowania, poznałam jednak kierunek, w jakim chcę iść w moim procesie wychowawczym i tym się tutaj z wami dzielę. Kierunek zawiera się w trzech słowach: przynależność, samodzielność, komunikacja.

PRZYNALEŻNOŚĆ

Poczucie przynależności to podstawa podstaw. W książce opisane jest ćwiczenie, jakie robiono z rodzicami – jedna grupa stała na krześle udając rodziców, a druga na ziemi udając dzieci. „Rodzice” mieli mówić rzeczy, które mówi się niegrzecznemu potomstwu – np. Cicho bądź! Kiedy się wreszcie uspokoisz? Ile razy mam powtarzać?, a „dzieci” miały powtarzać ja tylko chcę przynależeć. (Tak, to jest ten moment na wylanie morza łez.) Dziecko potrzebuje poczucia przynależności, znaczenia i akceptacji w rodzinie i często próbuje je uzyskać jakimiś niezbyt przemyślanymi metodami. I tu świetnie się sprawdzają rozwiązania bliskościowe: kontakt fizyczny z dzieckiem, pochylenie nad jego emocjami i potrzebami. To jest baza do tego, żeby w ogóle myśleć o współpracy i budowaniu w dziecku poczucia odpowiedzialności za dom.

Zdarza mi się narzekać na rozwiązania proponowane przez rodzicielstwo bliskości, mimo że jestem taką bardzo „miękką” mamą. Niekonsekwentną, wybaczającą, gotową naginać zasady, tłumaczącą i wyrozumiałą. Czuję jednak, że to zbyt często prowadzi to do chaosu, rozwlekania różnych etapów dnia, logistycznych i organizacyjnych trudności – jak pójście spać o odpowiedniej godzinie, sprawne wyjście do przedszkola, egzekwowanie podstawowych zasad porządku w domu typu odnoszenie talerzyka czy sprzątanie zabawek. A to kolei prowadzi do mojej frustracji, co już takie „miękkie” i bliskościowe nie jest. Czuję, że ta rzeczywistość potrzebuje jakichś ram. Tylko, że ja w ogóle nie jestem surowa, krzyczenie W tej chwili sprzątaj zabawki! jest tak bardzo nie w moim stylu jak tańczenie w balecie. To po prostu nie ja, ja tak nie robię. Ale za to mogę motywować moje dzieci do samodzielności.

SAMODZIELNOŚĆ

Im więcej robią dzieci, tym mniej ja. Tym bardziej w nich rośnie poczucie sprawczości, świadomość wysiłku, jaki wkłada się w podstawowe czynności w domu, umiejętność radzenia sobie bez mojej pomocy, a we mnie – maleje frustracja i poczucie przemęczenia. A odbiór różnych prac domowych zmienia się, jeżeli zamiast gniewnego ponaglania dziecko jest zachęcane. Wierzę, że potrafisz! Jesteś na tyle duży, że można ci zaufać i powierzyć jakąś pracę. Poradzisz sobie.

Oglądałam kiedyś na TVN Style program z Mają Sablewską, która ratowała czyjś styl. Bohaterką odcinka była otyła dziewczyna. Maja mówi jej: Karolina, ty musisz schudnąć! Po czym poszła do jej lodówki z wielkim workiem na śmieci i wywaliła do niego masło, parówki, majonez i dżem, a w zamiar wręczyła bohaterce sałatę. No – to, widzimy się za dwa tygodnie, mam nadzieję, że będzie widać efekty. Dwa tygodnie później spotykają się i bohaterka odcinka nieśmiało mówi, że chyba schudła, ale w sumie nie wie, bo nie ma wagi. Maja niezadowolona kiwa głową. Karolina, będę szczera. W ogóle nie widać efektu, nic się nie postarałaś.

Ten przykład ilustruje to, co robi wielu rodziców, oczekując zaangażowania dzieci w obowiązki domowe czy poprawienia sytuacji w szkole. No posprzątaj żesz! No popraw oceny! Nie wiesz jak? No normalnie, nie jedz dżemu, jedz sałatę!

Tak się nie buduje samodzielności ani wiary we własne siły i możliwości. Prawdziwa nauka samodzielności wymaga trochę pracy i czasu ze strony rodzica, ale jest to inwestycja, która się zwraca. Chcę, żeby moje dzieci były samodzielne – ale ważne! nie po to, żeby wiedziały, gdzie ich miejsce, czy żeby w domu była nieskazitelna czystość, ale dla nich – żeby rośli z poczuciem, że sobie sami dają radę, że mogą, że potrafią.

KOMUNIKACJA

Niedawno na facebooku wyświetlił mi się filmik, w którym nastolatek śpiewa piosenkę ułożoną z typowych tekstów mam. Uśmiałam się, bo to znajome: Kiedy będzie obiad? Jak się ziemniaki ugotują. Nie jestem twoją służącą. Taki tu bałagan, tylko nasrać na środku. Czy ja nie mówię po polsku?

Bardzo zabawne, ale obrazuje pewien ogólnonarodowy problem z samodzielnością dzieci i komunikacją. Czyli: dzieci czekające na rozkazy i obiad, niebiorące odpowiedzialności za gospodarstwo domowe i wiecznie przemęczona i sfrustrowana matka, która chodzi i gdera. A przecież mamy dostępne lepsze narzędzia do porozumiewania się.

Akurat komunikacja to moja mocna strona, jedna z rzeczy, z których jestem zadowolona w swoim macierzyństwie (miałam kiedyś nawet pomysł na wpis: rzeczy, z których jestem zadowolona jako mama). Wymyśliłam zawieranie umów z moim dwuletnim dzieckiem. Ile chcesz odcinków bajki? Dwa. Umowa! Chciałabym dodać do tej umowy, że nie będziesz jęczeć „jeszcze jeden”, jak ci wyłączę po dwóch. Umowa! – odpowiada moja córka. Tą niezwykłą metodą wychowawczą doszłam do stanu, w którym wyłączam bajkę i moje niespełna trzyletnie dziecko mówi: dobrze.

Inna rzecz, która mi nieźle idzie – moje dziecko sprawnie komunikuje swoje potrzeby: jestem głodna, chcę coś zjeść; jestem zmęczona, mamo; przytulisz mnie, proszę? – co eliminuje jęczenie i marudzenie, które jest tak denerwujące.

Idąc tym tropem może jest tak, że z większym dzieckiem umowy mogą być bardziej zaawansowane, przybierać formę harmonogramów czy spisanych zasad. Do tego trzeba ustalić jakie są potrzeby i oczekiwania i wspólnie z dziećmi pracować nad rozwiązaniami. Książka dała mi kilka fajnych pomysłów na usprawnienie komunikacji: spotkania rodzinne czy znaki niewerbalne (jak np. kartka z przypomnieniem). Wszystko jednak sprowadza się do tego, żeby pracować nad wspólnym językiem zrozumiałym dla obu stron – wtedy nie trzeba będzie powtarzać: głuchy jesteś? Czy ja nie mówię po polsku?

ta mama na pewno mówi “po polsku”, tej mamy się słucha (Fot. Sai De Silva, Unsplash.com)

Myślę, że jest mi to wszystko bliskie, bo podczas lektury “Pozytywnej dyscypliny” przeżyłam jeszcze raz swoje dzieciństwo i obudziła się we mnie stara harcerka. Przypominam sobie wakacje, na które jeździłam mając dziesięć, dwanaście lat. Wakacje spędzane na pilnowaniu obozu o piątej rano czy obieraniu trzydziestu kilogramów ziemniaków cały dzień. Wyjazdy, podczas których szłam kilometrami w deszczu i z plecakiem. Budziło to we mnie poczucie dumy i mocy.

Dlatego wiem, że dzieci potrafią. Potrafią się zaangażować, mogą dobrze sprzątać, gotować, dbać o wspólną przestrzeń. Muszą tylko czuć, że przynależą. I trzeba im to dobrze komunikować.