Odpowiedź na pytanie: szczepić czy nie szczepić to nie jest żaden problem. Mam inne

Szczerze mówiąc, chciałabym w każdej kwestii mieć tę jasność, jaką mam w kwestii szczepień.

Photo by Tabea Damm on Unsplash

Ostatnio jakaś matka, którą znam tylko z Instagrama pokazywała w swojej relacji zdjęcie kartki z przychodni z zaległymi szczepieniami i mówi: słuchajcie, ja po prostu nie wiem czy mam szczepić czy nie, więc odwlekam. Ta postawa jest mi bliska, sama nie kupowałam przez kilka miesięcy chodzącemu dziecku butów, bo przerastała mnie ilość informacji, które muszę przyswoić.

Ale jeśli chodzi o szczepienia – jeszcze parę lat temu kiwałam ze zrozumieniem głową, kiedy ktoś mi mówił, że odracza, rozdziela, na to szczepi, a na coś innego nie, nie szczepi w ogóle, bo zna przypadki, że…

Na pierwsze szczepienie mojej córki szłam z duszą na ramieniu. Trzymając sześciotygodniowe niemowlę, w którego udko pielęgniarka wbijała igłę chciało mi się płakać, ale wtedy sobie pomyślałam: no nie, komuś muszę zaufać. Wtedy zdecydowałam, że zaufam medycynie opartej na badaniach naukowych.

Od tego czasu znacznie poszerzyłam swoją wiedzę na ten temat, rozwiałam wątpliwości, uzyskałam odpowiedzi na pytania i w konsekwencji poczułam się znacznie pewniej. Jestem już zupełnie proszczepionkowa (szczepię dzieci na wszystko, szczepiłam się w ciąży, a jak dostałam pieniądze od swoich rodziców, żeby kupić coś dzieciom to kupiłam im szczepionki). Często zresztą ktoś mnie pyta czy szczepić czy nie i z tej perspektywy dobrze widzę, jak dużo mam spokoju i pewności w tym temacie.

Zrobiłam w międzyczasie jeszcze doktorat z odżywiania (umiem liczyć kalorie, czytać etykiety, komponować posiłki, odróżniać sensowne propozycje diet od bezsensownych), z fotelików samochodowych, z wiązania chusty i paru innych rzeczy. Wydaje mi się, że doszłam też do jakiejś równowagi jeśli chodzi o adekwatne reagowanie w przypadku chorób moich dzieci, ale swojego czasu wątpliwości „dać antybiotyk czy nie dać” przeżywałam zdecydowanie za często.

Photo by rawpixel on Unsplash

Ale są jeszcze tematy, które w jakiś sposób mnie dotyczą, a co do których nie wiem co myśleć. Jestem zagubiona. Przesiewam przez to sitko, ale oczka wciąż są źle dobrane. Mam mętlik i to jest bardzo nieprzyjemne.

Jeden z tych tematów to odpowiedni poziom interwencji medycznych podczas ciąży i porodu. Kiedy rozmawiam z ginekologami wydaje mi się to jak najbardziej sensowne, że kładzie się kobiety w szpitalu po 41 tygodniu, kiedy rozmawiam ze zwolenniczkami porodów domowych już sensu w tym nie widzę. Wciąż nie wiem czy mój pierwszy poród trzy lata temu nie był przemedykalizowany czy może taka była potrzeba. Wciąż nie wiem co bym zrobiła w ewentualnej kolejnej ciąży powyżej siedmiu dni po terminie, czy chciałabym znieczulenie podczas porodu, na które interwencje bym się zgodziła.

Inny temat, w którym co chwilę zmieniam zdanie to antykoncepcja naturalna kontra antykoncepcja hormonalna. Kiedy czytałam książkę „Ginekolodzy” o historii ginekologii i położnictwa byłam wstrząśnięta losem kobiet na przestrzeni wieków i powikłaniami, które spotykały je z powodu licznych ciąż i porodów. Jednocześnie wdałam się w internetową dyskusję z dziewczynami stosującymi od lat naturalne metody planowania rodziny i byłam wstrząśnięta jeszcze bardziej – ogromem stresu, odpowiedzialności, negatywnym wpływem na małżeństwo. Ale z drugiej strony nie mam pewności czy stosowanie antykoncepcji hormonalnej jest dobre dla kobiety, dla jej ciała, zdrowe, zawsze konieczne. Żebyście mnie źle nie zrozumieli: nie jestem przeciwnikiem tabletek w ogóle, co do zasady. Ale jasności – jak w kwestii szczepień – nie mam. Czytam badania naukowe, pytam innych lekarzy, a jak jestem u ginekologa to zawsze robię mały wywiad. Jedna lekarka zanim skończyłam zadawać pytanie już mi wypisała receptę na trzy opakowania, a inny lekarz powiedział: powiem pani tylko tyle, że hormony to nie zupa pomidorowa.

Marek mówi, że nie może patrzeć jak ja oglądam ciągle jakieś kryminały (tam ciągle ktoś kogoś zabija, Basia). Tymczasem w kryminale nie chodzi o okrucieństwo, przemoc, krew – prawdę mówiąc, nie mogę patrzeć na seriale czy słuchać książek, które są zbyt krwawe czy epatujące scenami przemocy. Chodzi o refleksję nad społeczeństwem danego miejsca i czasu – to po pierwsze. A po drugie o odkrywanie prawdy. Są sprawy, w których jest ona łatwo weryfikowalna i to jest na przykład pytanie „kto zabił”. Dzielny detektyw demaskuje złoczyńcę i wszystko jest jasne, w świecie znowu panuje równowaga, sprawiedliwość została przywrócona. I inne: jestem w ciąży czy nie jestem? Guz – złośliwy czy łagodny? Przekroczyłam prędkość czy nie przekroczyłam?

W innych kwestiach jest to jednak bardziej skomplikowane i oddzielenie sensu od nonsensu to karkołomne zadanie – wymaga dużej ilości czasu i wiedzy. Ale myślę, że trzeba pamiętać, że sens i prawda gdzieś tam jest. I albo ją znajdę albo wykończę się szukając.