Trzy wartościowe filmy i jeden miniserial do obejrzenia legalnie

Oglądam filmy od kilku lat tylko legalnie, choć ta decyzja w naszym małżeństwie zapadła, kiedy nie było jeszcze Netflixa w Polsce. Wiązała się z kilkumiesięczną posuchą filmowo-serialową, podczas której zdarzało mi się nawet włączać normalną telewizję (zawsze bez entuzjazmu). Potem pojawił się Netflix, Showmax, HBO GO i niby jest w czym wybierać. Bardzo chętnie korzystam z poleceń dobrych filmów i seriali, bo w mnogości propozycji czuję się po prostu zagubiona. Nie wiem, co oglądać, a jak już się zdecyduję to często mi się nie podoba. Lata minęły odkąd ostatni raz wciągnęłam się w jakiś serial albo pojawiło się przyjemne uczucie na myśl o oglądaniu odcinka zaraz po powrocie do domu (pamiętam takie emocje np. podczas oglądania pierwszego sezonu serialu „Sześć stóp pod ziemią”).

Photo by Victoria Heath on Unsplash

Siedzę na macierzyńskim i teoretycznie mogłabym oglądać bardzo dużo, ale tak się nie dzieje. Jestem też dosyć krytyczna wobec seriali i nie daję im szans – wyłączam po 5 minutach, kiedy wyczuwam skazę zbytniej dosłowności albo niewiarygodnie napisanych bohaterów (najgorsi są geniusze!). Jednak udało mi się niedawno obejrzeć parę filmów, które zrobiły na mnie wrażenie. Którymi się jakoś przejęłam, zostały przy mnie na dłużej, myślę sobie o nich czasami.

Dwa filmy do obejrzenia na Netflixie:

 Young adult (po polsku Kobieta na skraju dojrzałości). Wszyscy już wiedzą, że uwielbiam film Tully (swoją drogą, do obejrzenia za pięć złotych na VOD). Young adult to wcześniejszy film tych samych twórców. Bohaterką jest singielka z małego miasta robiąca karierę pisarki (tak naprawdę autora-widmo) powieści dla młodzieży. Nie jest w ogóle sympatyczna, jest kimś w stylu pięknej i wrednej dziewczyny z liceum po latach. Wraca do rodzinnego miasteczka odzyskać dawną miłość, a w barze spotyka ofiarę licealnych drwin i ataków. Mogłaby to być komedia romantyczna, ale nie jest. To dosyć przejmujący film. Jestem jedenaście lat po maturze i tematyka jest mi bliska: dawne znajomości, miłości z liceum, pozycja w szkole, bilans życiowy na spotkaniach klasowych, duże miasto, małe miasto.

(Po obejrzeniu polecam tę recenzję.)

Come Sunday – to jest dramat, którego akcja toczy się w kościele. Nie jest to film chrześcijański o naiwnej fabule w stylu żebrak nawraca bogacza. Przedmiotem dramatu są wątpliwości teologiczne jednostki. Nikt tam nie umiera, nie jest krzywdzony czy chory. To jest film o duchowości człowieka, o zachowaniach wobec różnic w zrozumieniu chrześcijaństwa, o głoszeniu swojej prawdy. O utracie przyjaźni. Dobrze napisany, dobrze zagrany. Najbardziej zaskakujące jest to, że taki film w ogóle powstał – o tematyce dla mnie bardzo ciekawej, jednak wydaje mi się, że niepopularnej.

Na HBO GO – jeden film i jeden miniserial:

Manchester by the sea. Oscarowy film sprzed dwóch lat, ale miałam okazję go zobaczyć dopiero teraz. Moja koleżanka mówi, że jakby miała napisać scenariusz jakiegoś filmu to chciałaby, żeby to był ten film. Główny bohater wraca do rodzinnego miasteczka (coś mnie ten motyw prześladuje…), żeby zająć się nastoletnim synem swojego zmarłego brata. Rzeczywiście jest to piękny film. Ale smutny. Czasem śmieszny, ale bardzo smutny. W zasadzie to pękło mi serce – tak smutny. Bardzo warto, jeśli ktoś – jak ja – nie jest na bieżąco z filmami, które trzeba obejrzeć.

Howards end – czteroodcinkowa adaptacja powieści E.M. Forstera to moje pierwsze zetknięcie z tą opowieścią. Anglia, początki dwudziestego wieku i historia splecionych losów trzech rodzin o różnych statusach. Jest to serial kostiumowy, ale nie chodzi tu o szukanie męża. To historia o różnych relacjach międzyludzkich, które czasem tworzą się między nieoczekiwanymi osobami. Historia o tolerancji, poświęceniu, życiu w zgodzie w ideałami, życiu dla innych. Oglądałam z zaciekawieniem, nie miałam pojęcia dokąd ta historia zmierza. Puenta mnie zaskoczyła i bardzo poruszyła.

Jestem ciekawa czy widzieliście któryś z tych filmów? Oglądaliście ostatnio coś, co was poruszyło i nie żal wam było tych kilkudziesięciu minut przed telewizorem?