kilka refleksji ze strefy remontu

Remotujemy mieszkanie z rynku wtórnego.

Przez ostatnie kilka lat smutny starszy pan siedział tam i wypalał dziesiątki papierosów dziennie wobec czego wszystkie tapety, boazerie i kasetony (tak!) były przeżarte dymem tytoniowym. Poza tym mieszkanie miało wszystko, co miewają zamieszkane wcześniej mieszkania w Polsce – starą instalację elektryczną, dziwne rozwiązania (dwie pary drzwi wejściowych, z których każda otwierała się w przeciwną stronę), meblościankę oraz koszmarne wzory na ścianach i na suficie.

Wzięliśmy kredyt na remont, ustaliliśmy kosztorys i zamówiliśmy ekipę remontową – ponieważ mamy dwójkę małych dzieci, a mój mąż jest młodym lekarzem i dużo pracuje – nic nie robimy sami. Omija nas pewnie wobec tego część pracy, jaką wielu naszych znajomych wykonywało samodzielnie.

Photo by Milivoj Kuhar on Unsplash

***

Oczywiście wszystko jest stresujące. Jest jakiś problem z komunikacją z naszą ekipą remontową – mimo że jest to normalna firma budowlana, z którą podpisaliśmy prawdziwą umowę to wydaje mi się, że porozumiewamy się jakimś innym językiem. Na przykład w języku remontowców “zaczniemy danego dnia” oznacza “zaczniemy dwa tygodnie później, coś rozgrzebiemy, a potem będziemy mieli dwa tygodnie przerwy”. “Skończymy za 3-4 tygodnie” – “za sześć tygodni to mieszkanie dalej będzie wyglądało jakby ktoś zaczynał w nim kręcić odcinek Domowych rewolucji”. W chwilach zwątpienia wyobrażam sobie, że prowadzę dla naszej ekipy remontowej zajęcia z komunikacji i tłumaczę im, dlaczego podawanie cen i terminów zgodnie z prawdą jest lepsze dla obu stron.

Oprócz tego stresujące są inne rzeczy: jednego dnia zadzwoniła pani ze spółdzielni mieszkaniowej, że klatka jest zapylona i trzeba ją posprzątać – to udało się zrozumieć z jej agresywnych komunikatów, gróźb i wyrzutów. Z tą panią też wyobrażam sobie siebie na zajęciach z komunikacji bez przemocy.

I inne: salon łazienek sprzedał moje kafelki komuś innemu, drażliwy stolarz w Leroy Merlin powiedział tyle razy “jak mnie to wszystko wkurwia”, że nie wzięliśmy od niego tego blatu. Jedyna przyjemna współpraca to ta z firmą wstawiającą drzwi wejściowe – po bezbolesnym zrealizowaniu na czas zlecenia miałam ochotę wysłać im kwiaty w podziękowaniu.

***

Stoję w sklepie budowlanym na dziale klamek. Przede mną dziesiątki klamek: mniejsze, większe, ciemniejsze, jaśniejsze, grubsze, plastikowe… I to, że stoję i wybieram te klamki sprawia, że czuję jakiś niesmak. Że tego jest za dużo, że to zbytek, że jest to w jakiś sposób nieprzyzwoite. Nie chcę tego robić, ale robię, bo muszę za coś złapać, gdy otwieram drzwi. Potem idę na dział gniazdek i włączników. Dlaczego nie ma jednego rodzaju gniazdek? Listwy przypodłogowe, kilkadziesiąt odcieni brązu. Mam dość. Tego dnia w Leroy Merlin spędzam cztery godziny.

***

Ale jakby tak pomyśleć o tym trzeźwo – proces urządzania własnej przestrzeni, wybór kolorów, faktur i rozwiązań – to coś bardzo twórczego. Przynosi też coś, czego w naszym małżeństwie jeszcze nie przerabialiśmy – czyli rozmowę o tym, czego nam brakuje w naszym mieszkaniu, co nam się podoba, co nas denerwuje, co kompletnie nie ma dla nas znaczenia. Marek cały czas mnie zaskakuje tym, jakie ma wnętrzarskie marzenia (i że w ogóle ma jakieś) i przemyślenia na temat ergonomii różnych rozwiązań. Jesteśmy parą od dziesięciu lat, ale pierwszy raz przerabiamy świadome urządzanie przestrzeni, wcześniej kupowaliśmy jakieś przypadkowe używane meble za grosze na olx, żeby mieć gdzie trzymać rzeczy.

Wydawało mi się, że mogę mieszkać wszędzie, że nie przywiązuję wagi do wystroju pomieszczeń, trudno mi było sobie przypomnieć, jak urządzone mają mieszkania moi znajomi, jakie mają kolory ścian czy modele drzwi. Ale przy okazji tego zamieszania siedzimy z moim mężem (oczywiście wciąż zestresowani) i musimy sobie odpowiedzieć na pytania: będziemy tu przyjmować gości czy zamykać się i oglądać filmy? Ile dzieci tu wychowamy? Ile przestrzeni im damy, ile zostawimy dla siebie? Gdzie zamontujemy zamki w drzwiach, czy otworzymy przestrzeń burząc ścianę?

I jak zaczynam tak o tym myśleć to nie już nie wydaje się takie błahe, zbyteczne i bez znaczenia.

Wytatuowany pracownik na dziale kuchennym w Ikei poprawił nasz nieudolny projekt w Plannerze i pokazał wizualizację. Coś ścisnęło mnie w środku: to nasza kuchnia! Opada pył remontowy spod którego widać zamontowane drzwi wybrane spośród dziesiątków modeli, kafelki kupione w promocji, te wymyślone już dawno rozwiązania i te postanowione na szybko, pod presją pracownika remontowego. Jak się tu będzie mieszkać? Nie jestem pewna. Proces zmiany już zbliża się do końca.