Obsesja piękna. Nie mów mi, że ładnie wyglądam

Mimo, że mogę wydawać się nieskupiającą się na wyglądzie zewnętrznym osobą, nie poświęcam zbyt wiele czasu na zabiegi upiększające czy oglądanie tutoriali w Internecie jak wyglądać lepiej – to historia obsesji piękna jest też niestety moją historią.

fot. bady qb na unsplash.com Wpis ilustrują zdjęcia kobiecych ciał, które służą do czego innego niż do ładnego wyglądania – wspinają się, przytulają, remontują, pracują. Po to je mamy.

Sięgnęłam po książkę „Obsesja piękna” dr Renee Engeln, bo zdarza mi się czuć bardzo źle w moim ciele. Ostatnio staram się wykazywać jakąś autorefleksją, więc przyglądam się swoim myślom i uczuciom. Skąd to się bierze – ten wstyd, chęć schowania się, niechęć do ciała?

Książka jest bardzo dobrą, rzetelną, opartą na badaniach naukowych, świetnie tłumaczącą różne zjawiska obecne w naszej kulturze lekturą, która rzuca trochę światła na moje odczucia, pojawiające się i znikające w trakcie życia. Bardzo polecam przeczytanie jej, a jeśli nie macie możliwości – obejrzyjcie wystąpienie autorki na TEDx kilka lat temu. Ja dla siebie wyciągnęłam parę wniosków.

Wszystkie czujemy się tak samo.

Mam głęboką nadzieję, że któraś z czytających ten tekst kobiet skrzywi się na to zdanie i powie: Bzdura! Ja kocham swoje ciało! Bardzo chciałabym, żeby tak było. Z książki dowiaduję się, że jednak zdecydowana większość kobiet w naszej kulturze jest niezadowolona ze swojego wyglądu i czuje, że odbiega od ideału piękna. Nic dziwnego – ideał piękna jest tak wyśrubowany, że zapewne jakiś ułamek promila kobiet na świecie spełnia te surowe kryteria.

Oczywiście temat kompleksów jest często poruszany w gronie kobiecym, zazwyczaj w formie niezbyt poprawiających samopoczucie konwersacji. Ale ja jestem gruba! Jak ty jesteś gruba to ja jestem monstrualna. Nienawidzę swoich zębów. Mam okropny nos.

Jakiś czas temu rozmawiałam z dwoma naprawdę szczupłymi i bardzo ładnymi dziewczynami. Pamiętam jak zaczęły mówić coś w stylu: dobrze się czułam, gdy ważyłam pięćdziesiąt cztery kilo (tu świat dla mnie zwalnia, a dźwięki stają się przytłumione, jak w tych scenach, w których detektyw zaczyna łączyć i fakty i objawia mu się oczywiste rozwiązanie zagadki), a teraz ważę pięćdziesiąt dziewięć i trudno mi znieść swoje odbicie w lustrze. Wtedy – a mam dwadzieścia osiem lat słuchając tej rozmowy – pierwszy raz zaczynam rozumieć, że problem z niechęcią do swojego ciała to problem szerszy niż ja i moja walka o prawidłowe BMI.

Nic tak jednak nie nadaje właściwej perspektywy jak mieszkanie z mężczyzną, bycie blisko z mężczyzną. Czyli kimś, kto jest od tego wolny i dobrze czuje się w swoim ciele. Nie musi nic podkreślać czy zakrywać ubiorem, nikt nie zwraca uwagi, że przytył ostatnio trzy kilo albo schudł dwa. Może założyć dżinsy i koszulkę i w zdecydowanej większości przypadków będzie to odpowiedni ubiór, nikt mu nie sugeruje, że nie powinien nosić tego fasonu albo pasowałyby mu ciut dłuższe włosy. Gdy ogląda telewizję, nie widzi ubranych w obcisłe, podkreślające muskulaturę stroje prezenterów, którzy na głowie mają układane godzinami fryzury. Mężczyzna, z którym mieszkam waży się raz na dwa miesiące i zawsze zaskoczonym tonem oznajmia mi wynik. Zazdroszczę mu tego bardziej niż gwiazdom idealnej sylwetki.

Moje ciało to nie eksponat do oglądania.

Zjawisko, kiedy traktuje się kobiece ciało jak eksponat do ocenienia to uprzedmiotowienie. Samouprzedmiotowienie to poczucie, że moje ciało jest właśnie takim eksponatem, przedmiotem, rzeczą.

Z książki dowiaduję się, że poczucie, że ciało jest obserwowane i oceniane nie jest obce większości kobiet. Buduje się je przez komentarze dotyczące wyglądu – również komplementy. Można dyskutować czy przyjemne jest to, że grupa robotników gwiżdże i woła za tobą niezły tyłek!. Może to być miłe, może wywoływać poczucie zagrożenia. Komentarze negatywne czyli ale przytyłaś, lepiej ci było w innej fryzurze, mogłabyś się inaczej malować są jednoznacznie zaniżające samoocenę. Czasem miło, gdy ktoś powie: świetna fryzura!, chyba ostatnio schudłaś?. Ale wszystko to znaczy to samo: obserwuję cię, oceniam cię, skupiam się na twoim wyglądzie zewnętrznym.

Oczywiście krytyczne komentarze na temat wyglądu pamięta się długo i są zawsze bardzo bolesne. Ale umiem też przywołać parę sytuacji, w których ktoś powiedział mi coś miłego o mojej aparycji i poczułam się dziwnie, nieswojo. Chciałabym częściej słyszeć komentarze na temat tego, na co mam wpływ – na temat mojej pracy, postępowania, roli w relacjach, jakości moich wpisów. Ze zdziwieniem odkrywam: nie jestem żądna komplementów. Jestem żądna tego, żeby mój wygląd nie miał takiego znaczenia, chcę być podmiotem – nie przedmiotem.

fot. Tran Mau Tri Tam na unsplash.com

Nie muszę być piękna.

To chyba najbardziej odkrywczy wniosek z przeczytania „Obsesji piękna”. Nie muszę być piękna. Nie mam zawodu ani roli życiowej, w której uroda spełniałaby jakąś ważną funkcję. Piękni ludzie – o gładkiej cerze, gęstych włosach, smukłej sylwetce – stanowią jakiś procent całej populacji i jest to niemożliwe, żeby każdy taki był. Nie potrzebuję, żeby ktoś mi teraz mówił: ależ jesteś piękna! Czy tam: wszystkie kobiety są piękne! Nie są, ale życie to nie konkurs piękności.

Kilka razy blogerka Venila powtarzała przy różnych okazjach: jestem zupełnie przeciętnej urody. Zawsze miałam jej ochotę napisać: hej, jesteś prześliczna, co ty. Ale teraz myślę, że w takim stwierdzeniu jest dużo siły. Wobec czego ja dzisiaj też mówię: jestem zupełnie przeciętnej urody. Chcę być zadbana, zdrowa, ale nie piękna, nie seksowna. Nie jest mi to do niczego potrzebne.

Będę walczyć o lepszy świat dla mojej córki.

Na potrzeby tego tekstu sięgnęłam do starych wpisów na poprzednim blogu, który pisałam w wieku nastoletnim i złapałam się za głowę. Tyle lat zmarnowanych na zadręczanie się swoim wyglądem zewnętrznym! Jestem bardzo przejęta tym tematem, ale też zmotywowana do walki.

Dlatego już poprosiłam Instagram o niepokazywanie mi uparcie wyskakujących profili, których przekaz kręci się wokół wyglądu zewnętrznego, zawiera głównie zdjęcia twarzy i sylwetek i komentarze udręczonych obserwatorek: jak to robisz, że jesteś taka piękna i taka chuda?

Nie będę też komentować wyglądu innych kobiet, nie zapytam nikogo ile przytył w ciąży, nie będę się porównywać, przyglądać odrostom czy makijażowi. Już kiedyś napisałam tekst pod tytułem „Moje ciało daję radę” , w którym intuicyjnie zaprezentowałam bardzo dobry stosunek do własnego ciała. Mam zamiar to podejście pogłębiać – do czego moje ciało może mi służyć, za co jestem mu wdzięczna, jakie jest jako całość. Myślałam, że mojej córce będę powtarzać: jesteś piękna, śliczna. Ale teraz myślę, że lepiej po prostu mniej mówić o urodzie. Dzisiaj jestem pełna zdumienia, jaka z niej twarda babka. Taka towarzyska i wesoła, śmiała i odważna.

Wszystko po to, żeby zmienić świat na taki, w którym uroda znaczy mniej, w którym wygląd nie określa wartości kobiety.

Dla siebie i dla niej – odwracam się dzisiaj od lustra i zwracam do świata. Mam ważniejsze rzeczy do zrobienia.