sprawy, na które nie mam wpływu

Na wuefie w czwartej czy piątej klasie podstawówki nauczycielka oznajmia: dzisiaj, dzieci, robimy test na gibkość. Kto dotknie kolan rękoma dostaje dostateczny. Kostek – dobry. Palców u stóp – bardzo dobry, a kto głową kolan – celujący. Zalewa mnie fala złości. Ale jak to! Tak bez przygotowania? No bez, proszę Basiu, och, niestety jesteś słabo rozciągnięta, do kostek nie dosięgasz – dostateczny.

Jest to najbardziej frustrujące wspomnienie z lat spędzonych w szkole. I jednocześnie pierwsze tak świadomie zapamiętane zderzenie z czymś tak obecnym w naszej kulturze czyli: ocenianiu za coś na co się nie ma wpływu.

(Photo by Nikolay Tchaouchev on Unsplash) Do ilustracji wpisu pasuje mi przypowieść o kaczkach: “Jechałem na konferencję i bardzo się śpieszyłem. Na lotnisku wziąłem taksówkę, żeby szybciej dostać się do centrum. Kiedy przejeżdżaliśmy przez most na rzece samochód nagle się zatrzymał. Okazało się, że przez drogę przechodziło właśnie stado kaczek! Mój kierowca spokojnie czekał, aż ptaki bezpiecznie przejdą na drugą stronę. Czując, jak mijają kolejne cenne minuty, zirytowany zapytałem: -Czemu pan po prostu nie użyje klaksonu? Kierowca popatrzył na mnie, popatrzył na ptaki, a potem odpowiedział: -Wierzę, że kaczki idą najszybciej jak potrafią”*

Prawdopodobnie jakbym dosięgła wtedy palców u stóp swoimi dziesięcioletnimi dłońmi w ogóle bym tego nie zapamiętała, tak jak nie pamiętam tysięcy godzin lekcyjnych, gdzie z palcem w nosie rozwiązywałam zadania matematyczne czy pisałam bezbłędnie dyktanda. Ale patrząc na to z perspektywy czasu, już jako matka, myślę, że inne osoby z mojej klasy mogą mieć takich wspomnień dużo więcej. Myślę, że tak jak ja miałam problem z niedostateczną gibkością, plątaniem się nóg przy dwutakcie albo trafianiu do celu – i wyznaczone przez nauczyciela wuefu cele mogłabym osiągnąć prawdopodobnie ćwicząc trzy razy więcej niż pozostali – tak widzę to teraz jasno, że ludzie nie mają żadnego wpływu na to, w jakim tempie przyswajają reguły matematyczne czy jak dobrze zapamiętują daty.

Zbyt często jednak uważa się, że jakieś niedostatki to coś, co wynika z lenistwa, zbyt słabych starań lub błędów. Jest to jedna z bardziej krzywdzących rzeczy, które można komuś powiedzieć, na samą myśl o takiej niesprawiedliwej ocenie czuję, jak wzbiera we mnie fala smutku.

Jakąś ulgę poczułam, gdy przeczytałam w ‘Obsesji piękna’, że nie mamy aż takiego wpływu na swój wygląd, jak usiłuje się to nam wmówić (jakbyś smarowała się kremem to może nie miałabyś cellulitu i rozstępów, gdybyś mocniej ćwiczyła miałabyś brzuch płaski jak Chodakowska). Nie mam też wpływu na inne rzeczy: na przykład na to, że trudno mi się orientować w terenie i często włączam GPS na spacerze, bo nie wiem, gdzie jestem i nie umiem komuś wytłumaczyć przez telefon drogi. Albo na pewną niezdarność, o której już kiedyś pisałam, a przez którą czasem moje nogi wyglądają jak nogi Amy Adams w Ostrych przedmiotach.

Nie miałam też wpływu na to, że donosiłam obie ciąże i jak się wtedy czułam. Nie miałam wpływu na to jak i kiedy dokładnie urodziłam dzieci i jak te porody przebiegały i na to, że nie miałam problemu z karmieniem naturalnym. Nie miałam wpływu na to czy urodzi mi się wymagające i nieodkładalne dziecko czy takie, które po miesiącu przesypia noce. Nie miałam wpływu na tempo, w którym moje dziecko zaliczało kolejne kamienie milowe w rozwoju. Teraz nie mam wpływu na niechęć mojej córki do rowerka i miłość do wody. Nie mam wpływu na jej humor danego dnia i ściąganie gumek z włosów dwie minuty po założeniu.

Mam wpływ jednak na mnóstwo rzeczy w moim życiu. Ile czasu pracuję. Co jem, co podaję dzieciom. Jak spędzam z nimi czas i ile tego czasu i uwagi im poświęcam. Czy interesuję się rozwojem dziecka, proponuję twórcze zabawy, wyrabiam zdrowe nawyki. Mam wpływ na to czy uprawiam jakiś sport, czytam książki, dbam o siebie. Czy się przykładam do powierzonych mi zadań, czy jestem punktualna. Jaka jestem w relacjach – oceniająca czy wspierająca, czy pamiętam i dbam o bliskich. Jak wykorzystuję swoje talenty, co robię ze swoją wiedzą.

Chciałabym słyszeć więcej komentarzy na temat tego, na co rzeczywiście mam wpływ, w co wkładam swoją energię. Było miło mi na przykład usłyszeć, że poprawiłam się w śpiewaniu od regularnego uczestniczenia w próbach chóru. Że jestem pracowita i obowiązkowa w pracy. Kiedyś pacjent mi powiedział, że prowadzę ciekawe zajęcia edukacyjne. Miło mi, kiedy ktoś powie, że napisałam coś inspirującego.

Kiedy o tym myślę pojawia mi się też refleksja, że nie ma potrzeby komuś przypominać, że w jakiejś kwestii odstaje od normy albo nie spełnia jakichś oczekiwań. Dotyczy to zarówno dzieci, jak i dorosłych: ludzie zazwyczaj to wiedzą. Wiedzą, że mają problem z napisaniem wypracowania, ze zrozumieniem praw fizyki, że przytyli, że włosy im się nie układają, że nie udało im się karmienie piersią, że całą ciąże źle się czuli.  Wiedzą, że ich dziecko jest nieodpieluchowane na trzecie urodziny, budzi się w nocy, a w sklepie kładzie na podłodze. Wiedzą i nic nie mogą z tym zrobić, bo to od nich nie zależy.

Dlatego zachęcam was i siebie do tego, żeby rozróżniać te dwie grupy spraw – te na które możemy coś poradzić i te na które nie możemy – i skupiać się na tych pierwszych, w nie inwestować swoją energię i na nie zwracać uwagę u innych.

___________________

*anegdota autorstwa  Haima Ginotta, psychologa i psychoterapeuty dziecięcego cytowana za stroną Edukowisko.pl