Trzy myśli na trzy lata bycia mamą

Moje pierwsze dziecko skończyło trzy lata. Nie jestem w stanie ogarnąć umysłem ani słowami jak wielką zmianę przechodzi człowiek od momentu urodzenia do trzecich urodzin, kiedy mówi już pełnymi zdaniami, opowiada historie, szybko biega i nadużywa słowa “głupi”. Nie jestem w stanie ogarnąć słowami ani umysłem jak wielką zmianę przechodzi człowiek, który fizycznie dalej przypomina siebie sprzed trzech lat, ale emocjonalnie rozrósł się o nowy wszechświat (tak, mam na myśli siebie). Trzy lata od spędzenia męczącego dnia na katowickiej porodówce jestem bogatsza nie tylko o miliard zabawek, ale też o świadomość, że…

1. Życie to nie reklama Lenora

Kiedyś jedna z internetowych matek podzieliła się ze mną taką myślą: jeśli wyobrażasz sobie siebie biegającą z potomstwem po łące, to zastanów się skąd ci się to wzięło. Czy czasem nie z reklamy Lenora. I tak jak nie będę nigdy wyglądać jak Joanna Krupa w reklamie Esotiqa (bo nawet ona sama tak nie wygląda!), tak nie mogę być przepiękną mamą podającą dzieciom zdrowe posiłki, które one uprzejmie zjadają prosząc o dokładkę, jednocześnie realizującą się zawodowo, ale też biegającą z dziećmi po lesie. To banał, ale ciągle się z tym zmagam.

Nie mogę taka być, bo wszystko, każda z tych rzeczy, wymaga wysiłku i czasu, a nie mam go bardzo dużo. I muszę wybierać.

Wobec tego przez te trzy lata skonfrontowałam się na przykład z tym, że czasem nie opłaca się gotować zdrowej zupy skoro nikt poza tobą nie chce jej jeść, a zajmuje ci to godzinę. Czasem nie opłaca się wychodzić na dwór jeśli ani ty ani dziecko nie macie na to siły. Może robienie przyjęcia urodzinowego to nie zawsze najlepsze wyjście. Zamiast gonić za wymarzonym wizerunkiem, który pochodzi ze skrzyżowania reklamy makaronu z tablicą na Pintereście trzeba się spotkać ze swoim dzieckiem tu i teraz, podczas powrotu z przedszkola, popołudniowych bajek, w zabałaganionym salonie, z takim dzieckiem, jakim ono jest i wyciskać z tej codzienności to, co najlepsze.

2. Ja tu rządzę i ze wszystkim sobie poradzę

Życie to nie reklama Lenora, ale to nie znaczy, że na nic nie mam wpływu. Jeśli za coś jestem wdzięczna książce “Pozytywna dyscyplina” to za to, że umocniła mnie w pozycji osoby zarządzającej moją komórką społeczną i dała mi siłę do bycia przywódcą. Czasem budzę się w jakiejś sytuacji i zupełnie nie wiem jak do tego doszło, ale wiem, że w ogóle mi się to nie podoba. Nagle dziecko chodzi spać o 23 codziennie, wpadło w lizakowy ciąg albo dwie minuty po przebudzeniu domaga się oglądania bajki. Ze wszystkimi tymi sytuacjami udało mi się uporać, bo jestem dorosła i wszystko ze mną w porządku. Te trzy lata to okres, kiedy przekonałam się o swojej kompetencji, wiele razy. Jasne, że są rzeczy zdecydowanie do poprawy, ale czuję, że mam autorefleksję na odpowiednim poziomie i na co dzień daję sobie świetnie radę.

3. Macierzyństwo to bieg długodystansowy.

Maraton, z którego nie można się wypisać. Co z tego, że mi coś nie wychodzi albo jestem zmęczona – i tak muszę biec. Macierzyństwo jest męczące, pewnie, dużo się o tym mówi. Męczące fizycznie – teraz kiedy się przeprowadzamy noszę ciągle syna w chuście i czuję zakwasy jak po dobrym treningu – i emocjonalnie. Ale tak jak w biegu, jest możliwe coś takiego jak złapanie odpowiedniego rytmu – tak, że nagle biegnie się z przyjemnością. Na pewno tego czasem zaznaję – tej przyjemności kontaktu z własnymi dziećmi, satysfakcji po wspólnie spedzonym dniu. Całą sobą czuję, że to jest wysiłek, który ma sens. Więc jak będę dobrze gospodarować zasobami i trzymać się rytmu, kiedyś, jak dobiegnę – czyli kiedy dzieci nie będą już tak mnie potrzebowały i będą umiały się zajmować same sobą – popatrzę wstecz i pomyślę, że zrobiłam coś wielkiego.

fot. Magda Dąbek