bałagan: studium przypadku

Bałagan i sprzątanie to tematy, które przewijają się u mnie na blogu. Tworząc nowe kategorie, wyodrębniłam nawet taką: “pani domu” do której wrzuciłam poprzednie wpisy mówiące o moim podejściu do ogarniania domu.

Bałagan interesuje mnie z paru względów. Przede wszystkim to, że nie mam porządku w domu to jeden z niewielu obszarów, w których moje życie nie spełnia oczekiwań społecznych. Po drugie – bałagan mnie denerwuje, a i tak ciągle się robi. To taka nieustanna walka, którą toczę z samą sobą i próba zrozumienia tego, co się dzieje jest dla mnie w jakiś sposób ciekawa.


Photo by Robert Bye on Unsplash

Można oczywiście powiedzieć, że po prostu jestem bałaganiarą, ale nie chcę tego robić. Zamiast tego, rozkładam bałagan na czynniki pierwsze. Skąd się bierze? Z czego wynika? Czemu mi przeszkadza?

Naturalna potrzeba porządku

Znacie takie osoby, które zawsze mają wszystko poukładane, a niezależnie od pory dnia nie ma u nich piasku w przedpokoju ani brudnego kubka w zlewie? Powiedzieć, że nie jestem jedną z tych osób to jak nic nie powiedzieć.

Istnieje coś takiego jak naturalna potrzeba porządku. Jeśli komuś bałagan bardzo przeszkadza i nie może zasnąć zanim nie pozamiata – to będzie sprzątał w każdych warunkach.

Powiedzmy, że moja naturalna potrzeba porządku jest umiarkowana. Raczej na dosyć niskim poziomie. Nie jest tak, że w ogóle jej nie odczuwam. W nowym mieszkaniu, w którym sama wybrałam kolor ścian i dopasowuje meble jest znacznie większa niż w tym wcześniejszym, które wynajmowaliśmy i nic nie było w moim stylu. Ostatnio zaczęłam ścielić łóżko i zrobiło mi się takie coś, że trudno mi wytrzymać jak jest niepościelone, więc powiedzmy, że wiem, o co chodzi.

Swoje niskie standardy w kwestii porządku uważam raczej za zaletę. Jeśli chcesz mnie zaprosić na kawę, ale martwisz się, że nieposkładane pranie leży na kanapie, a na półkach zbiera się warstwa kurzu to nie musisz się tym martwić. Nie zwrócę na to uwagi albo pomogę ci poskładać. Nie oceniam, nie unoszę wysoko brwi, nie przejeżdżam palcem po brzegu telewizora. Umiem zasnąć, mimo że nie nastawiłam zmywarki. Umiem pisać tekst na bloga, kiedy rzeczy, którymi bawił się niemowlak leżą porozrzucane na podłodze. Kiedy dzieci idą spać, moim głównym planem na wieczór jest leżenie z mężem przed telewizorem, a nie porządkowanie mieszkania. To jest ta jasna strona medalu.

Ciemna – że na przedzieranie się przez bałagan zużywam swoje zasoby codziennie. Na szukanie rzeczy, orientowanie się, że czegoś nie wyprałam albo leży w torbie z nieposkładanym praniem. Nie mogę nauczyć dzieci sprzątania jeśli sama nie wiem, jak się za to zabrać. Przy większej ilości osób w domu utrzymywanie porządku na choćby minimalnym poziomie jest konieczne dla zachowania zdrowia psychicznego.

Wstyd i perfekcjonizm
Brené Brown mówi, że jeśli na siedzeniu pasażera jedzie wstyd to znaczy, że za kierownicą siedzi perfekcjonizm.

Oczywiście, byłam zawstydzana z powodu nieporządku. Z jakiegoś powodu w naszej kulturze uważa się, że zawstydzenie kogoś to świetny sposób motywacji. Otóż nie – wydaje mi się, że się powtarzam, ale to ważna myśl. Wstyd jest wrogiem zmiany.

Wstyd prowadzi do tego, że zamiast posprzątać wrzucam wszystkie rzeczy byle jak do szafy i sprzątam powierzchownie, tak żeby to jakoś w miarę wyglądało, kiedy ktoś przyjdzie. Wstyd prowadzi do tego, że nie zapraszam nikogo z lęku przed oceną. Wstyd prowadzi do tego, że kiedy chcę poukładać porządnie rzeczy ogarnia mnie niemoc i poczucie, że to i tak nie ma sensu. Powoduje strach i oblewanie zimnym potem za każdym razem, kiedy mam przyjąć gości. A co, jeśli ktoś przyjdzie wcześniej i dowie się tej strasznej prawdy – prawdy o tym, że nie odkurzam codziennie albo rzeczy wysypują mi się z kosza na pranie.

Co ciekawe, wszystkie sytuacje, w których ktoś się przyczepił do mojego poziomu porządku zawsze miały miejsce wtedy, kiedy miałam posprzątane. I to, w mojej opinii, całkiem nieźle. Zawsze było to przykre i demotywujące. Jednak i tak najgorsza jest ta wewnętrzna Małgorzata Rozenek w mojej głowie, która wydyma usta pogardliwie: kochana, a nie zapomniałaś o mikrofalówce, o umyciu szczebelków między krzesłami albo czy wytarłaś żarówkę? Jeśli będę sprzątać dla niej, nigdy nie wydostanę się spod tego głazu i zawsze będę niewystarczająco dobra.

Podstawowym zadaniem w próbie bycia osobą utrzymującą porządek jest robienie tego dla siebie, zaspokajanie swoich potrzeb. Wewnętrzna Małgorzata zawsze będzie unosić brwi.


Photo by Ferenc Horvath on Unsplash

Jak w szafce, tak w głowie

Będąc młodą lekarką, jeszcze bez pełnego prawa wykonywania zawodu, byłam jako obserwator w poradni zdrowia psychicznego dla dzieci i młodzieży. Pacjentką była dziewczynka, której matka wylewała swoje żale lekarzowi, a jednym z jej zarzutów wobec córki był bałagan w pokoju. Lekarz odburknął pod nosem coś w stylu: no, to jest chyba w tej chwili najmniejszy problem, na co matka wybuchnęła zdenerwowana: a nie słyszał pan takiego powiedzenia: jak w szafce tak w głowie?!

To powiedzonko weszło na stałe do słownika naszego małżeństwa i powtarzamy sobie je czasem w ramach żartu. Dobrze jest jednak przypominać sobie, że to nie jest prawda.

To znaczy może mam nieporządek w niejednej szafce, ale nie mam go w życiu. Moje życie jest całkiem poukładane. Skończyłam studia, mam dobrą pracę, tego samego faceta od dziesięciu lat i dzieci zaplanowane co do miesiąca. Na przypisywanie rzekomych cech charakteru osób o niedoskonałym wyglądzie zwracała też uwagę Renee Engeln w “Obsesji piękna” – że jeśli ktoś ma nadwagę to wynika to z tego, że jest leniwy, niekonsekwentny, mało wytrwały itp.

Odmawiam więc przyjęcia tego oskarżenia. Mam bałagan w rzeczach, ale poza tym jestem całkiem poukładana.

Prozaiczne przyczyny

Tymczasem przyczyny nieporządku są zupełnie prozaiczne i zawierają się w trzech punktach:

  • za dużo rzeczy
  • za mało miejsca do przechowywania
  • za mało czasu/chęci do odkładania i porządkowania.

Najgorszy moment jeśli chodzi o moje zderzenie z bałaganem nastąpił po urodzeniu pierwszego dziecka. Mieszkaliśmy wtedy w wynajmowanym mieszkaniu, w którym było niewiele mebli, a te które były nie odpowiadały moim potrzebom. Potrzebuję więcej szuflad niż półek i więcej półek niż drążków – tam miałam do dyspozycji głównie wysokie i głębokie szafy, zajmujące dużo miejsca.

Urodzenie dziecka zaś wiąże się z byciem zasypanym przez rzeczy. Co gorsza, to są rzeczy, które układa się tylko na parę miesięcy, bo zaraz przestają być potrzebne i dochodzą nowe. Dzisiaj potrzebuję kołyski i chusty, jutro fotelika do karmienia i grzechotek. Potrzebuję nowych ubranek, ale stare jeszcze zajmują mi miejsce w szufladzie. Oczywiście zorganizowane osoby jakoś to ogarniają, ale już ustaliliśmy, że ja do takich nie należę.

Trzecią składową jest czas. Zostanie matką, a potem łączenie pracy zawodowej z macierzyństwem jest trudne, wymaga dobrej organizacji i uważnego gospodarowania zasobami. Macierzyństwo wprowadza bałagan nawet do domów, w których wcześniej dbano o porządek, ze względu na dodatkowe obowiązki – u mnie tylko nasiliło problem.

Patrząc na to w ten sposób rozwiązanie wydaje się całkiem proste: trzeba przejrzeć rzeczy, kupić komody i dawać sobie przestrzeń i czas na sprzątanie. I już. Cały sekret. Zagadka rozwiązana.

Ciężka praca

No, może jeszcze jeden element. Sprzątanie to praca fizyczna, męcząca. Często po sprzątaniu muszę wziąć prysznic, mój mąż sprząta bez koszulki. To jest też powód, z jakiego najczęściej rezygnuję ze sprzątania. Z jakiegoś powodu ulegam jednak wizji siebie jako kobiety sprzątającej bez wysiłku, pani domu która w magiczny sposób ma zawsze starte kurze i wygląda nienagannie. Na pewno powstała niejedna praca analizująca skąd ja, dzisiaj, w 2019 roku odczuwam taką presję – widzę swój problem nie tylko jako mój, osobisty, ale coś społecznego, kulturowego. To też jest nieprawda. Jeśli chcę mieć czysto, muszę się trochę spocić. Muszę też czasem zrezygnować z innych rzeczy, które mogłabym w tym czasie robić.

Ale wierzę, że jeśli to sprzątam dla siebie, do poziomu, który mi odpowiada, bez wstydu i presji, dla lepszego funkcjonowania i samopoczucia – to jest to wysiłek, który ma sens.