Słowniczek psychiatryczny: dystans

Między człowiekiem a człowiekiem jest odległość. Dystans. W internecie łatwo można znaleźć informację kiedy jest intymny, bliski, społeczny. Podobno odległość, z której można kogoś łatwo dotknąć czyli od 45 do 120 cm to dystans, na który chcemy się zbliżać tylko do zaufanych, bliskich osób. Ale ja dzisiaj nie o tym.


Photo by Marta Esteban Fernando on Unsplash

Ja dzisiaj o tym niewidzialnym dystansie, o strefie osobistej, której nie da się zmierzyć linijką. Można się bowiem próbować do kogoś zbliżyć lub oddalić zachowując ciągle tę samą fizyczną odległość.

O skracaniu dystansu w psychiatrii mówimy, gdy ktoś zachowuje się jakby był bliższym znajomym niż jest w rzeczywistości. Wychodzi poza swoją rolę pacjenta, lekarza, szefa, pracownika. Nie tyle mówi dużo o sobie, co zaczepia mnie: zauważa, że mam ładne okulary, pyta o mój stan cywilny, poufale puszcza oko czy szeptem komentuje zachowanie kogoś innego jakbyśmy mieli jakiegoś rodzaju przymierze. W pracy, badając kogoś i uzupełniając rubrykę oceny stanu psychicznego, gdy piszę skraca dystans – stwierdzam tym samym jakąś nieprawidłowość.

Tak normalnie, w życiu, dystans to trudna i frustrująca kwestia. Z jednej strony irytujące jest, gdy próbuję się do kogoś zbliżyć, a w zamian otrzymuję tylko uprzejme, chłodne komunikaty. Są osoby, do których bardzo trudno podejść, mają małą grupę zaufanych osób. W życiu codziennym znacznie częściej spotykam się z osobami zamkniętymi w sobie, nieufnymi, bojącymi się otworzyć, niepewnymi siebie niż z nadmiernie towarzyskimi, natrętnymi. Może to dlatego, że staram się spędzać życie jako raczej otwarta osoba i wierzę, że przez zbliżanie się do ludzi znacznie więcej można zyskać niż stracić – próby kontaktu mnie nie przerażają.

Ale czasem, rzadko – spotykam osobę, która jest tak natrętna i nachalna w swoim zachowaniu, że mam ochotę uciekać. Zazwyczaj objawia się to ignorowaniem uprzejmych sygnałów, że mi taka odległość wystarczy i zmuszanie do bardziej stanowczych komunikatów, których nie lubię stosować. Naruszanie granic – stawianie pytań, na które mam ochotę odpowiadać tylko bliskim, przesiadywanie w moim domu, uparte próby kontaktu – są zawsze nieprzyjemne, ale spotkałam się z tym może parę razy w ciągu całego życia. Często wynika nawet nie ze złej woli, ale z trudności w odczytywaniu sygnałów, niezrozumienia kontekstu czy sytuacji. Ale tak – to jest właśnie to, co nazywamy skracaniem dystansu.

Jest jeszcze jeden element tych rozważań. Kiedyś w grupie prowadziłam warsztaty o granicach – w jednym z ćwiczeń uczestnicy malowali swoje granice na ziemi, a reszta osób miała te granice szanować lub nie, przekraczać lub omijać. Oczywiście są osoby, które mają tendencję do naruszania strefy osobistej, lubią prowokować, boksować się, takie, które bardzo swojej strzegą, są też ludzie niezwykle czuli i uważni na czyjeś granice i taktownie je omijający. W tym ćwiczeniu jedna uczestniczka weszła na pole uczestnika, chwilę tam stała i przy omawianiu odczuć ten uczestnik powiedział: ona przekroczyła moje granice i to było zaskakująco miłe.

Nie da się być z kimś blisko bez skrócenia dystansu, nie tylko tego 45 cm od skóry. Czasem nie da się nawiązać przyjaźni bez bycia trochę natrętnym, bez zadania pytania, na które się odpowiada tylko bliskim albo bez przesiadywania w czyimś domu i dzwonienia do niego codziennie. Są ludzie, którzy niezwykle sprawnie poruszają się po tym obszarze – tworzą wartościowe relacje i jednocześnie nie narzucają się nikomu. Jednak tu nie ma prostych zasad, to umiejętność częściowo wrodzona, częściowo wyuczona. Większość z nas ma jakieś przeciętne kompetencje w tym zakresie. Dlatego na co dzień zgadujemy i ryzykujemy, starając się wymierzyć i dobrać odpowiedni dystans między człowiekiem a człowiekiem.