Jak wrócić do formy sprzed porodu i nie zwariować?

Udaje mi się od niedawna regularnie chodzić na basen. Z radością obserwuję postępy – za pierwszym razem nie miałam już siły po dwudziestu minutach, teraz pływam czterdzieści bez przerwy. Bardzo lubię wodę, w wodzie odcinam się od wszystkich bodźców. Pokonuję kolejne dystanse i myślę o wracaniu do formy po porodzie. Co to w ogóle znaczy?

fot. Efe Kurnaz, Unsplash

Ciąża wpływa na ciało w specyficzny sposób. Trudno o inne doświadczenie – które jednocześnie nie byłoby czymś jednoznacznie negatywnym, jak wypadek czy ciężka choroba – podczas którego ciało tak bardzo się zmienia w krótkim czasie. Nawet najłagodniejsze przejście tego procesu niesie ze sobą duże ryzyko jakiegoś uszczerbku na ciele. Pozornie wyglądając podobnie, można być bogatszym o rozstęp na brzuchu, bliznę w linii majtek lub w kroczu, brzuch, który po rozejściu się mięśni żyje swoim życiem.

Sam proces zmian w ciele jest nieprzyjemny, niepokojący. Dla każdego, o ile nie mówimy o konsekwentnym i opłaconym ciężką pracą rzeźbieniu sylwetki. W przypadku ciąży i tego, co po ciąży zmiany zachodzą samoistnie i różnie to bywa. Znam szczupłe dziewczyny, które przybrały w ciąży wiele kilogramów i takie z nadwagą, których ciąża w ogóle nie zmieniła. Niektóre kobiety reagują na karmienie piersią jakąś szaloną utratą masy ciała, inne wręcz przeciwnie. Są też dziewczyny, dla których priorytetem jest utrzymanie zgrabnej sylwetki i poświęcają temu dużo uwagi, uważając na dietę i dużo ćwicząc.

Ale generalnie każde ciało najpierw rozrasta się, puchnie, naciąga, a potem w procesie niesamowitego wysiłku próbuje wrócić do stanu poprzedniego – pocąc się, krwawiąc i obkurczając. Jakieś trzy-cztery tygodnie po porodzie staje się jasne czy będzie wyglądać mniej więcej jak wcześniej czy zostanie ze sporą nadwagą, wystającym już zawsze brzuchem, i rozstępami zdobiącymi nieładną skórę.

To, że po porodzie wygląda się gorzej niż przed ciążą jest obiektywnie trudne. Jeżeli zapowiada się, że dodatkowe kilogramy zostają na dłużej – trzeba się przyzwyczaić do użytkowania trochę innego ciała, wymienić rozmiar i styl ubrań.

Ustalmy: lepiej się nie zmienić niż zmienić. Lepiej być chudym niż grubym. Lepiej być zdrowym niż chorym. Lepiej być silnym niż słabym, lepiej sprawnym niż niesprawnym. Ale, jak już napisałam, różnie to bywa i nie wiedziałam, jak to będzie w moim przypadku, dopóki nie przeszłam tego na własnej skórze.

fot. Chris Blonk, Unsplash

Z mojej perspektywy wracanie do formy to głównie próby dojścia do masy ciała sprzed ciąży. Poza tym od razu po porodzie czułam się dobrze, a moje oba urlopy macierzyńskie to okresy dużej sprawności i aktywności fizycznej. Moje koleżanki mówiły mi o innych aspektach „dochodzenia do siebie”. Niektóre przez kilka-kilkanaście miesięcy czuły się osłabione, jedna dziewczyna – o wyglądzie modelki, wysportowana – opowiadała mi, że siedem miesięcy po porodzie ledwo mogła podnieść nogę na zajęciach pilatesu. Sama byłam świadkiem sytuacji, gdy jej poporodowa figura została skomplementowana, a ona w odpowiedzi powiedziała, że ledwo żyje i funkcjonuje jak zombie. Od innej słyszałam, że dopiero gdy jej dziecko skończyło rok mogła zacząć myśleć o aktywności fizycznej. Niektóre dziewczyny nie czują się sobą, stają się bardziej nerwowe czy lękliwe i psychicznie wracają do stanu sprzed ciąży po wielu miesiącach. Dostałam wiadomość, w której czytelniczka napisała: wiesz, mnie nie martwią kilogramy. Mnie martwi nietrzymanie moczu i żylaki odbytu. (Zresztą kiedyś Alicja na blogu mataja.pl napisała wspaniały tekst o różnych aspektach dochodzenia do siebie po porodzie, bardzo polecam, bo w zasadzie wyczerpuje ten temat).

fot. Artem Verbo, Unsplash

Nie wiem jak inni ludzie się odchudzają. Ja przechodziłam ten proces kilka razy i zawsze wiąże się z tym, że z mojej dosyć zdrowej i zbilansowanej diety muszę obciąć trochę kalorii. Czyli chodzić trochę głodna. Czyli nie jeść w gościnie, kiedy ktoś mnie częstuje. Czyli spędzać trochę czasu w kuchni, żeby nie żywić się na mieście. Zaraz po porodzie oczywiście przeszłam na dietę redukcyjną: przez miesiąc chodziłam na resztkach zasobów, karmiąc w nocy niemowlaka czułam ssanie w żołądku, byłam rozdrażniona i nie miałam energii na spacery. I potem sobie pomyślałam, że chyba jeszcze do reszty nie zwariowałam i zaczęłam jeść tyle, żeby mieć siłę ogarniać to, co dla mnie najważniejsze.

Dużo się ruszam i sprawia mi to przyjemność. Odpoczywam na basenie i na długich spacerach. Ale aktywność fizyczna to luksus. Kiedy synek miał dwa miesiące zapisałam się na bardzo sensowne treningi dla kobiet po porodzie. Zdarzało się, że mój syn płakał jadąc na trening, całe zajęcia i wracając, bo akurat w tamtym czasie nie znosił fotelika samochodowego. Innym uczestniczkom infekcje, ząbkowanie, trening wypadający w porze drzemki dziecka, przygotowywanie chrzcin i inne okoliczności okresowo utrudniały regularne bywanie na zajęciach. Teraz chodzę na basen, bo przeprowadziłam się niedaleko pływalni, mam zniżkę i wejście za złotówkę, a mój mąż jest czasem popołudniami w domu i chce i może zostać sam z dwójką małych dzieci. Wydaje mi się, że nie każdy ma tak dobrze.


Photo by chuttersnap on Unsplash

Czy jest presja w kwestii dążenia do sylwetki sprzed ciąży? No jasne, i to jaka. Każda grupa dla mam ma choć jeden wątek „Dziewczyny, jak wasza masa ciała po porodzie?” – pod pytaniem pięćset komentarzy: ja w ciąży +15, po ciąży -25… Ja mam jeszcze +7. Ja jem fast foody i słodycze i nie mogę zatrzymać utraty, już mam -12. Jesteśmy takie dobre w tych liczbach! Jedna blogerka informuje na Instagramie, że jeszcze sześć kilogramów dzieli ją od wagi sprzed ciąży. Inna cieszy się, że dostała poporodowego zapalenia tarczycy, bo może jeść duże zestawy w McDonald’s i chudnie.

Do tego pojawia mi reklama jakiegoś trenera, na którą składają się dwa zdjęcia kobiecej sylwetki w bieliźnie: Renata ma dwójkę małych dzieci i mogłaby znaleźć mnóstwo wymówek, żeby nie ćwiczyć…

Wymówek! Tak jakbyśmy mówili o zadaniu domowym z matematyki, o czymś obowiązkowym. To, że się jest zmęczonym opieką nad niemowlakiem, niewyspanym albo tak słabym, że trudno zrobić większy dystans na spacerze: wymówki! Jednocześnie ktoś, kto bardzo dba o sylwetkę, wstaje o piątej pobiegać albo żywi się według ścisłych wytycznych od dietetyka – na pytanie jak to osiągnął macha ręką. Ach, wystarczy odrobina samozaparcia, chcieć to móc! Jakby to było jakiegoś rodzaju tabu, że dbanie o sylwetkę jest naprawdę męczące, wymaga przyzwyczajenia się do irytującego uczucia głodu, spędzania czasu na komponowaniu posiłków albo skomplikowanych zabiegów logistycznych, żeby móc poćwiczyć.


Photo by Arisa Chattasa on Unsplash

Godzenie się ze zmianą sylwetki jest trudne i próba powrotu do stanu poprzedniego też jest trudna. Moja mama, kiedy odwiedziła mnie w szpitalu po porodzie powiedziała, że wyglądam jak księżna Kate. Wydaje mi się, że księżna Kate wyglądała jednak trochę lepiej. Próbuję się wcisnąć w dżinsy sprzed ciąży, ale są jeszcze trochę ciasne. Jednocześnie odmierzam rano na wadze kuchennej porcję płatków owsianych i słyszę głos, który woła: kobieto! Wyluzuj i zjedz sobie porządne śniadanie! i wiem, że to nie lenistwo woła. To czysty głos mojego zdrowia psychicznego.