Wiem, że nic nie wiem

Moje starsze dziecko w listopadzie skończyło trzy lata, czyli jest teraz w wieku, w którym zadaje bardzo dużo pytań. Jest to dobry moment na książeczki edukacyjne, które objaśniają jakieś zjawiska, bo jej umysł aktualnie chłonie wszystko jak gąbka. Moja córka zapamiętuje mnóstwo informacji i naturalna ciekawość każe jej dociekać, domagać się więcej. A ja tak mało wiem!

Photo by Joseph Rosales on Unsplash

Wypożyczyłam niedawno z biblioteki książkę o kosmosie i kiedy ją przeglądałam pomyślałam, że większość tych informacji to dla mnie nowość. Jak zbudowany jest skafander astronauty? Ile księżyców ma Jowisz? A ile Mars? Jak gorące jest jądro Ziemi? Moja córka dramatycznym głosem opowiada dziadkom, że dinozaurów już nie ma, bo zabił je wielki kamień, który uderzył w naszą planetę. Moja wiedza w tych tematach jest dokładnie na tym samym poziomie.

Dalej, spacerujemy po lesie. Jeśli drzewa mają liście jestem w stanie rozpoznać klon, dąb, kasztanowiec, buk. Dzisiaj podczas spaceru zapytałam córkę co to za drzewo z białą korą. Wiem, na literkę b, jak moje imię. Brzoza! odpowiada. A to z brązową korą to jakie drzewo, mamo? Zagięła mnie. Jest koniec marca, drzewa nie mają jeszcze liści, patrzę na te pnie z gałęziami, nie mam pojęcia.

Ostatni łup z biblioteki to też książka “Skąd się bierze jedzenie?”. Jakieś podstawy znam, ziemniaki się wykopuje z ziemi, a jabłka rosną na drzewach, wiadomo. Ale skąd się biorą orzechy nerkowca – to mnie zaskoczyło.

Wszystko byłoby w porządku – nie da się na wszystkim znać, nie da się wszystkiego wiedzieć – tylko ja byłam naprawdę prymuską. Z tych wszystkich przedmiotów w szkole miałam piątki i szóstki. I nie mam poczucia, że zapomniałam całą tę wiedzę, mam poczucie, że nigdy tego nie wiedziałam. Boleśnie uświadamiam sobie, że mimo wyższego wykształcenia, moje ogólne pojęcie o świecie jest zdecydowanie niewystarczające. Wiem mało, rozumiem niewiele.

Photo by James Wheeler on Unsplash

Coś tam pojęłam: zrozumiałam na przykład chemię, zasady łączenia się związków, ułożyło się to w mojej głowie w jakąś spójną i sensowną całość. Potem podczas studiów udzielałam korepetycji z tego przedmiotu maturzystom, trochę żeby przypomnieć sobie jak przyjemnie było coś umieć, rozumieć, jaka to jest spójna i logiczna nauka. Za to moja wiedza historyczna jest na tak żenującym poziomie, że jeśli ktoś z was chciałby mnie publicznie zawstydzić to może zadać mi jakieś oczywiste historyczne pytanie i na pewno się skompromituję. Mam wrażenie, że z lekcji historii pamiętam głównie kilka faktów z życia Zygmunta III Wazy, bo nauczycielka puściła nam kiedyś na jego temat utwór T-Raperów Znad Wisły, który wyjątkowo zapadł mi w pamięć.

Bardzo lubiłam chodzić do szkoły, ale z perspektywy czasu i obserwując drogę edukacji mojej sporo młodszej siostry (też prymuski) mam sporo do zarzucenia naszemu systemowi. Produkuje ludzi, którzy może i przeskoczyli przez kozła czy rzucili piłką lekarską na ocenę po to, żeby po skończonej edukacji już nigdy nie być aktywnym fizycznie albo takich, którzy swojego czasu pisali na kartkówce daty z pamięci, a potem nabierają się na najbardziej absurdalne teorie spiskowe.

Naturalna ciekawość! Skąd się bierze piasek, gdzie rośnie awokado, kim był mój pradziadek, jak działa głośnik? Powinnam być przewodnikiem podczas tej podróży, ale wiele rzeczy musimy odkrywać razem.

Uzupełniam więc luki w informacjach, sama przeglądam te książeczki, sprawdzam w internecie – bardzo to wszystko fascynujące. Nie robiłabym tego, gdyby nie te powtarzające się dziecięce pytania. Drażnią to dziecko we mnie, które też jest ciekawe, też chce wiedzieć!