Urlop wychowawczy czy powrót do pracy?

Przez większość życia, jak pewnie wiele osób w Polsce, myślałam, że powiedzenie o niewchodzeniu dwa razy do tej samej rzeki wyraża zasadę, żeby na przykład nie umawiać się drugi raz z tym samym chłopakiem albo nie wracać do pracy, z której nas zwolniono. Dopiero jako dorosła osoba dowiedziałam się, że prawdziwy sens tego przysłowia to: wszystko płynie i nie można wejść drugi raz do tej samej rzeki, bo to już inna rzeka. Tak jest z moim urlopem macierzyńskim i powrotem do pracy.


Photo by Mario Álvarez on Unsplash

Najlepsze na macierzyńskim

Na ten temat napisałam kilka wpisów poprzednim razem: Najgorsze na macierzyńskim, Urlop macierzyński – blaski i cienie, Posiedzę sobie w mojej strefie komfortu, Powrót do pracy czyli feministyczne olśnienie. Nie było mi źle, ale byłam trochę znudzona, trochę sfrustrowana, musiałam porzucić to, do czego się całe życie przygotowywałam i zająć tym, na czym się trochę nie znam, a co jest może momentami zbyt proste, prowadzi do umysłowego letargu, wymaga dostosowania się do specyficznego wolno płynącego, ale jednocześnie – stale płynącego rytmu.

Tymczasem wszystko płynie i drugi urlop macierzyński to nie pierwszy urlop macierzyński, powrót do pracy teraz to nie powrót do pracy trzy lata temu. Podobno trudno jest oceniać jakieś zjawiska, gdy się dzieją, łatwiej zobaczyć z dystansu: ach, jaki byłem wtedy szczęśliwy albo: ale to było dla mnie ciężkie. Czy oceniając ten okres za parę lat będę miała inny pogląd – nie wiem, ale z bliska jest mi bardzo błogo i nie chcę, żeby te dni mijały.

Przyczyn jest parę.

Rok w pracy, łączenie bycia mamą małego dziecka z intensywnym rozwojem zawodowym mocno dał mi w kość. Kontekst jest ważny – wiem, że jak wrócę to będzie równie ciężko albo ciężej, będę mamą dwójki małych dzieci, a rozwijać się w zawodzie nadal muszę. Dni zresztą nie dłużą się, bo mam też starsze dziecko, którego obserwowanie nadaje sens wszystkim tym – mechanicznym, powtarzalnym, nudnym – czynnościom wykonywanym przy niemowlaku. Kontakt z trzylatkiem jest stymulujący i ciekawy. Poza tym byłam przygotowana na ten slow life, więc robię dużo rzeczy, na które normalnie nie mam czasu, a które sprawiają mi przyjemność: czytam, oglądam, uczę się gotować nowe rzeczy.

To może wychowawczy?

Nie przesadzę jeśli powiem, że o urlopie wychowawczym myślę codziennie i codziennie tę myśl odrzucam. Z tą sprawą jest jak z posiadaniem drugiego dziecka – każdy ma swoje zdanie, a swoją decyzję uważa za najtrafniejszą.

Ktoś mi powie, że dzieci nigdy już nie będą małe i że ten czas nie wróci, a z nikim im nie będzie tak dobrze, jak z matką. Potem przeczytam w gazecie, że kobieta powinna pracować, bo inaczej staje się podwładną swojego męża, a w momencie kryzysu jej pozycja zawodowa pozwala rodzinie uniknąć kryzysu.

Ktoś mi powie, że siedząc z dzieckiem w domu myślał, że zwariuje, a ktoś, że to były najpiękniejsze chwile jego życia. Nieźle można się w tym pogubić. Mój syn patrzy na mnie brązowymi oczami nieświadomy dręczących mnie wątpliwości.

Wspomniałam jednak, że tę myśl odrzucam, otrząsając się trochę z sentymentów i skupiając się na tym, w co wierzę i do czego doszłam podczas poprzedniego powrotu do pracy. Wszystko płynie i 2019 to nie 2017, ale jakąś mądrość można z poprzednich doświadczeń wyciągnąć.

Przede wszystkim nie wierzę w to, że z dzieckiem w piaskownicy codziennie siedzieć musi koniecznie matka i że dziecko ucierpi na tym, że przez część doby zamiast tego będzie układać wieże z zaangażowaną opiekunką. Opieka nad półroczniakiem to nie opieka nad półtoraroczniakiem – on też się zmienia. Jest coraz bardziej ruchliwy, sprawnie się przemieszcza, jest ciekawy świata. Już nie wystarczy karmić go i przewijać, wiązać w chustę i załatwiać swoje sprawy. Coraz więcej trzeba mu poświęcać uwagi, coraz lepiej stymulować jego rozwój… Robi się z tego ciężka praca, z którą chyba chcę się z kimś podzielić.

Wierzę w to, że lepiej jeśli utrzymanie rodziny nie spoczywa na barkach tylko jednej osoby, a odpowiedzialność za wyprane majtki i czyste naczynia – na barkach drugiej. Bezpłatny urlop wychowawczy to nie płatny urlop macierzyński.

Wierzę też w to, że jestem dobrym lekarzem i mogę się rozwijać, a każdy miesiąc przedłużania mojej nieobecności w pracy mi to utrudnia. Wiem też, że lubię swoją pracę i że kontekst – czyli to, że ten rok jest przerwą, a nie stanem docelowym – sprawia, że jest tak dobrze. Część mojej aktywności na macierzyńskim to wciąż bycie lekarzem: udzielam porad, leczę swoje dzieci, wypisuję recepty, czytam artykuły, co jednak stanowi ważny aspekt mojego dobrego samopoczucia.


Photo by Jack Anstey on Unsplash

Wygląda na to, że nadchodzi koniec.

Mój synek skończył parę dni temu dziesięć miesięcy. Za szybko! Czuję całą sobą, że zbliża się koniec – koniec chodzenia w dresie, powolnych poranków, długich spacerów. Koniec drzemek przedpołudniowych, czytania książek przy karmieniu, słuchania audiobooków podczas testowania nowych przepisów z Jadłonomii.

Ale też koniec targania wszędzie ze sobą bobasa i plecaka pełnego pieluszek i zabawek. Koniec zamknięcia w czterech ścianach, rozmów głównie o rozwoju niemowlęcia, bycia całą dobę odpowiedzialnym za małego człowieka. Może więc za rogiem czeka coś dobrego?

Drżę, ale wyglądam.