Czasem nie cierpię książek dla dzieci

Literatura dla dzieci ma się dobrze, są dostępne wspaniałe książeczki z pięknymi ilustracjami, pomysłowe, edukacyjne, mądre. Lubię czytać z dzieckiem, a regularne wyprawy do biblioteki to taki chlubny element mojego macierzyństwa. Mała dziewczynka kręci się między regałami i pyta: mamo, a dla jakich dzieci to jest książka? Dużych czy małych? Czasem wybiera coś dla brata.

Biblioteka pozwala zapoznać się z różnymi książkami, i z hitami wydawniczymi, i tymi sprzed kilku lat, ale też z takimi, których czytanie przyprawia mnie o dreszcze. Są serie książeczek, których szczerze nie cierpię. Drętwa fabuła, nachalny morał i kolejny raz przerabiam z dzieckiem te same wnioski: Trzeba się dzielić. U dziadków zawsze jest fajnie. Trzeba kochać rodzeństwo (zwłaszcza to młodsze). Trzeba słuchać rodziców. Dobrze jest sobie posprzątać. Bla bla bla.

Fot. Susan Yin, Unsplash

Niedawno trafiłam gdzieś między półką “książki dla dziewczynek” a półką “książki dla chłopców” (tak…) na książkę szwedzkiej autorki Piji Lidenbaum “Nusia i bracia łosie”. Co to było za odkrycie! To coś jak thriller dla dzieci. Dziewczynka chce mieć rodzeństwo i zaprasza do domu trzy łosie, które niszczą jej rzeczy i nie szanują zasad. To spotkanie z żywiołem, z dzikim zwierzęciem. Córka słucha i szeroko otwiera oczy, momentami jest bardzo przejęta. Czy Nusi uda się pozbyć tych zwierząt? Przeglądam książkę i uśmiecham się pod nosem. Autorka opisuje to, co dzieci mogą przeżywać w związku z posiadaniem młodszego rodzeństwa. Dwuletni młodszy brat lub siostra rzucający ukochanymi zabawkami, wypisujący ładne kredki do końca, wrzucający rzeczy do toalety. Starszak przeżywa w związku z tym jakieś frustracje, a rodzice czytają mu Tupcia Chrupcia, który musi kochać siostrę, bo inaczej dom się na nią zawali.

A tu moja młodsza siostra czyta moim dzieciom Nusię.

“Nusia…” kończy się tak: dziewczynka pozbywa się zwierząt, sprząta ich odchody, i z ulgą powraca do swojej przestrzeni, w której jest cicho i spokojnie. Może to też książka dla introwertyków? Można ją różnie rozumieć, jest zabawna, odważna i mądra.

Przy następnej wizycie w bibliotece od razu idę do półki z literą L. Innej Nusi nie było, ale znalazłam “Sonia śpi gdzie indziej” – opowieść o nocowaniu u koleżanki. I jeśli “Nusia…” to thriller, “Sonia…” to horror. Nie wiem, czy mogę ją czytać mojej córce, może miejscami jest zbyt straszna. Marek ostatnio czytał książeczki po pracy i oczy same mu się zamykały. Mówię do córki: przynieś tacie Sonię, od razu się ożywi. Rzeczywiście – czytając śmiał się z niedowierzaniem. Jak skończył to powiedział: brrr, mroczna strona dzieciństwa.

Sonia nocuje u koleżanki i czuje się niekomfortowo. W salonie siedzi “ktoś bardzo stary”, pies ma okropnego guza i Sonia nie chce go głaskać, brat koleżanki z emo grzywką głośno słucha muzyki. Książka kończy się stwierdzeniem “No to nocowałam u przyjaciółki. Wcale nie było tak fajnie.” No bo czasem nie jest fajnie, prawda? Kiedy się jest poza domem, bez mamy. Czasem u dziadków nie jest miło. Czasem nie trzeba się dzielić. Czasem ma się dość rodzeństwa. Dorośli kłamią i bywają niesprawiedliwi. Jak czytam te książki to sobie przypominam – rany, jak trudno czasem być dzieckiem.

Mieliśmy tę książkę z biblioteki i ta akurat jest super. Fot. Annie Spratt, Unsplash

Pozostając w temacie szwedzkich autorek na literę L, słuchamy na dobranoc “Pippi Pończoszankę”, już któryś raz. Moim zdaniem jest w porządku, choć Marek mówi, że Pippi wszystko załatwia przemocą i bogactwem. Może i tak, ale to, że mała dziewczynka jest wystarczająco silna i bogata, żeby robić co jej się podoba jest interesujące. Dla mnie to opowieść o opuszczonym dziecku i kiedy Edyta Jungowska śpiewa “Nie martwcie się o mnie, ja sobie zawsze dam radę!” to jest mi trochę przykro. Nie chcę, żeby małe dzieci musiały sobie dawać zawsze same radę. Zresztą, moje dziecko słuchając kolejny raz jak Pippi pokonała włamywaczy mówi tylko: szkoda, że ona nie ma mamy i taty.

W każdym razie, Pippi nie ma żadnego nachalnego morału ani wychowawczego przekazu. Nie jest nastawiona na przekazanie dziecku jedynego słusznego wzorca, w jaki powinno się zachowywać czy odczuwać. U Pippi jest wszystko na opak. Nie wiadomo o co chodzi. Dziwne przygody i zmyślone opowieści.

I właśnie czytanie takich książek – nieoczywistych, w których ja sama dobrze nie wiem o co chodzi, trochę sama nie wiem co o tym myśleć, a jednocześnie są na tyle zajmujące i wciągające, żeby dziecko słuchało ich z wypiekami na twarzy – no, to jest cel tych wypraw do biblioteki. Tak się rodzi sympatia do literatury.

__________

PS. Dobrze sobie przegadać z innymi mamami te frustracje książkowe, podczas czytania przypominam sobie ironiczne komentarze koleżanek i chce mi się śmiać. O książeczkach dla dzieci pisała Matka Skaut, Magda z bloga Skrytka Kulturalna podsumowała czemu Tupcio Chrupcio to nie jest dobra seria (nie znoszę tych książek, a polecają mi je wszystkie bibliotekarki).