czego nauczyłam się karmiąc swoje dzieci

Kiedy urodziłam pierwsze dziecko, w listopadzie 2015 roku, popularne były już poglądy na temat żywienia dzieci takie jak karmienie na żądanie, długie karmienie piersią, rezygnacja z diety matki karmiącej, rozszerzanie diety po szóstym miesiącu życia, pozwalanie dzieciom próbowania samemu jedzenia w kawałkach, wycofanie się z wczesnego podawania alergenów w celu prewencji alergii pokarmowych. Te poglądy, poparte badaniami naukowymi i uznane przez Światową Organizację Zdrowia za obowiązujące wytyczne, stały w sprzeczności z tym, co przez wiele lat było powtarzane matkom przez położne i lekarzy. Nie dotarły też do szpitala, w którym odbył się mój pierwszy poród, dlatego początek macierzyństwa spędziłam chodząc po korytarzach, na których wisiały plakaty objaśniające, co matka karmiąca piersią może jeść, a czego nie, otrzymałam kilka bardzo szkodliwych rad laktacyjnych i w zasadzie miałam wrażenie, że muszę pokonać cały personel szpitalny, żeby pozwolili mi po prostu karmić mojego własnego noworodka z mojej osobistej piersi.


Photo by Hal Gatewood on Unsplash

Uważam, że praktyki, z jakimi miałam do czynienia w szpitalu były bardzo szkodliwe i oparte na przestarzałej wiedzy. Dziecko ważono mi kilka razy dziennie, był nawet taki moment, kiedy moja córka została zważona przed i po karmieniu w celu określenia ile dokładnie wypiła mleka. Każde położenie dziecka na wagę wiązało się z moim silnym stresem, bo decyzja czy będziemy mogły wyjść do domu zależała od tego, czy waga pokaże o 50 gramów większą czy mniejszą liczbę.

Oczywiście po wyjściu do domu nie ważyłam już dziecka, tylko przy okazji szczepień. Uznałam, że jeśli żyje, rusza się, jest rumiana, ma nawilżoną, gładką skórę, je, moczy pieluszki to wszystko jest w porządku. I tak też było. Nie byłam w stanie też powiedzieć ile razy dziennie jest karmiona, bo w ogóle o tym nie myślałam. Intuicyjnie czułam, że są dni, kiedy jest bardziej niespokojna i je więcej i takie, kiedy zjada mniej, ale wszystko się jakoś wyrównywało.

Poza tym moja córka wędrowała po siatkach centylowych, przybierając na masie, a potem tracąc ją w wyniku intensywnego rozwoju ruchowego. Wiemy już, że są dzieci z natury duże i takie z natury drobne i o ile rozwijają się prawidłowo nie trzeba ich na siłę tuczyć lub ograniczać im jedzenia, norma ich sylwetek i tempa wzrostu jest bardzo szeroka.

Rozszerzałam obojgu dietę za pomocą metody BLW, która polega na tym, że dziecko samo próbuje jedzenia i decyduje ile zje. Szczerze mówiąc, nie byłam jakoś ideologiczne zafiksowana na tę metodę, ale jestem z natury bardzo niecierpliwa i karmienie łyżeczką było dla mnie śmiertelnie nudne. Czas posiłków w trakcie blw był dla mnie kolejnym momentem, kiedy mogłam robić coś innego, czytać książkę, pisać coś, przeglądać instagram.

I może przez ten początek, w którym zupełnie polegałam na głosie dziecka – tak już zostało i dalej mam taki sam styl w żywieniu mojej córki. Oprócz tego, że nie lubię, jak je słodycze, to może jeść ile chce i co chce. Przechodzimy przez różne fazy: była faza jedzenia głównie rosołu, faza odrzucania bananów, faza kochania bananów, faza jajkowa, faza ziemniakowa i tak dalej. Wszystko w normie. Nie zmuszam do jedzenia jak nie chce jeść, nie każę dokończyć, jak zostały mi ziemniaki z obiadu, a ona chciałaby je zjeść na śniadanie następnego dnia – to je. Kiedy jest chora i nie ma apetytu to nie je. Potrafi powiedzieć, że jest głodna, że już się najadła albo że chce dokładki. Nie jest ani niedożywiona ani otyła.

Ludzie, ależ ja jestem mądra! Po czym przygotowuję posiłek dla siebie.


Photo by Thought Catalog on Unsplash

Po latach tzw. dbania o linię tak naprawdę nie pamiętam już jedzenia dla zaspokojenia głodu. Jem wtedy, kiedy jest moja pora posiłku. Jak jestem głodna wcześniej to wytrzymuję. Nie pamiętam co to uczucie sytości. Jem tyle, ile sobie wyliczyłam, że mogę zjeść. Nie biorę dokładek, nie zostawiam resztek. Nie zjadłabym banana na kolację ani ziemniaka na śniadanie. Jestem zaprzyjaźniona z niskokalorycznymi potrawami, mam listę rzeczy, których nie jadam.

Zdecydowałam się niedawno na konsultację z dietetyczką, bo pomyślałam, że może pomóc mi lepiej zbilansować posiłki, nie zawsze mam czas i zapał, żeby samodzielnie liczyć kalorie w aplikacji. Zebrała ze mną wywiad żywieniowy, czułam się jakbym odpowiadała na klasówce, na którą się dobrze przygotowałam.

No i jak się pani wtedy czuła? pyta dietetyczka o moją najniższą wagę, swoją mową ciała przekazując, że oczekuje odpowiedzi, że wspaniale, kobieco, seksownie i zdrowo. Szczerze mówiąc, byłam strasznie głodna.

Dostałam tydzień później jadłospis, jeden rzut oka i myślę: to się po prostu nie może udać. Pięć posiłków wymagających przygotowania w kuchni, ze składników, których normalnie nie posiadam w domu, tworzących niesmaczne potrawy – bo przecież nie chodzi o to, żeby smakowało tylko żeby zgadzały się wartości odżywcze w jakiejś tabelce, prawda? Do tego to przyczynia się do marnotrawienia żywności, bo co zrobić z 1/4 kubeczka jogurtu i 1/5 banana, które zostały z przygotowywania koktajlu? Nie znoszę tego, że nie dość, że jestem głodna i muszę jeść coś w stylu makaron z groszku z tofu albo kakao zmiksowane z suszoną śliwką, zostaję z mnóstwem zaczętych opakowań, z którymi nie mam co zrobić. Ale przede wszystkim – jedzenie to nie jest mój priorytet. Robię inne rzeczy: spaceruję, ćwiczę, siedzę na placu zabaw, spotykam się ze znajomymi, czytam, oglądam, sprzątam. Ten styl żywienia każe myśleć o kolejnym posiłku kiedy dopiero co skończyłam poprzedni. Wymagałby stałego planowania dnia pod to, co mam do zjedzenia.

Przy tekście o wieczorach dwulatka wspomniałam, że przełomem dla mnie było zdanie: dlaczego nie stosujemy wobec snu dzieci tego, co wiemy o śnie dorosłych? W tym temacie mogę powiedzieć: dlaczego nie stosujemy wobec żywienia dorosłych tego, co wiemy o żywieniu dzieci?

Mam wpojone takie kulturowe przekonanie, że jeśli nie umiem wytrzymać na diecie to świadczy to o jakiejś mojej wadzie charakteru. No to powiedzmy, że jestem leniwa, niekonsekwentna i za bardzo lubię majonez. Ale zastanawiam się kto jest w stanie na dłuższą metę wytrzymać jedząc to, co ktoś inny ustalił i narzucił, w takiej ilości i o tych porach, które komuś wydają się słuszne. W przypadku niemowlaków stwierdziliśmy, że to nie ma sensu – to jedzenie co trzy godziny czy wybudzanie w nocy na karmienia. To znaczy można tak robić, ale równie dobrze dziecko może jeść kiedy i ile chce – wychodzi na to samo, a frustracji jest nieporównywalnie mniej.

Co to znaczy zdrowo jeść?

Człowiek, który nie ma problemów z wydalaniem moczu nie jest w stanie powiedzieć ile razy sikał, nie planuje tego i dostosowuje swoje potrzeby do możliwości i sytuacji. Pary, które łączy zdrowa relacja nie mają sztywnych pór i wyznaczonych dni na kontakty seksualne.

Może z jedzeniem też tak jest? Może można porzucić tabele, aplikacje, wytyczne, po prostu nauczyć się co to znaczy być głodnym i co to znaczy być sytym? Może na tym właśnie polega zdrowa relacja z jedzeniem, żeby jeść jak moja córka: czasem odsunąć od siebie z obrzydzeniem talerz z sałatką i zjeść dwie kanapki z miodem, zostawiając skórki. Przyjąć to, że czasem jem więcej, bo potrzebuję, a czasem nie mam apetytu. Ta myśl wydaje mi się interesująca i kusząca i daję jej szansę.

Tak zaczynam jeść intuicyjnie.

________________________________________

Tekst w życiu by nie powstał – właśnie ze względu na wspomnianą wadę charakteru, jakoś tak mi głupio pisać, że nie lubię diet. Ale przeczytałam książkę “Jem ituicyjnie” – to zwykły amerykański poradnik, ale koncepcja powrotu do zdrowej relacji z jedzeniem, która zostaje zaburzona przez diety – ma dla mnie sens. Dużo o jedzeniu intuicyjnym w praktyce można poczytać na blogu Antydieta.

Za jakiś czas powiem, jakie mam wnioski.