słowniczek psychiatryczny: impulsywność

Najpierw jest impuls, który pcha do działania.

Czyli: siedzę i słucham, jak ktoś pełen przekonania mówi jakieś rzeczy, z którymi się zupełnie nie zgadzam i czuję, jak narasta we mnie potrzeba reakcji.

Albo: widzę coś tak ładnego i tak bardzo mam ochotę to mieć na własność, że chwilowo nie liczy się dla mnie jaki mam właściwie stan konta i czy naprawdę tego potrzebuję.

Albo: ktoś rozczarował mnie tak bardzo, że mam ochotę skasować jego numer telefonu, usunąć ze znajomych, potargać wszystkie jego zdjęcia i udawać, że nigdy nie istniał.


Photo by Linus Sandvide on Unsplash

I to też – jak wszystko w temacie psychiki – jest spektrum, na którego jednym końcu są jednostki impulsywne nie potrafiące się temu bodźcowi oprzeć, a na drugim – jednostki wypierające, że w ogóle taki impuls odczuwają.

Robienie czegoś pod wpływem impulsu bywa przyjemne. Nagle złość czy pragnienie narasta do poziomu, w którym pokonuje lęk i z osoby rozważnej staję się kimś, kto potrafi: zareagować, zaszaleć, wykorzystać okazję. To daje jakieś poczucie sprawczości, mocy, wpływu.

Istnieją impulsywne decyzje, które się opłaciły. Kiedy pod wpływem jakiejś kolejnej frustrującej sytuacji w miejscu pracy, na fali złości złożę wypowiedzenie, a potem znajdę gdzie indziej lepszą posadę. Kiedy niewiele myśląc kupię drogą sukienkę, z której się ciesze przez kolejne lata, bo leży wspaniale i jest doskonałej jakości. Kiedy zareaguję, kiedy ktoś przy mnie wygłasza rasistowskie czy seksistowskie poglądy, nawet jak jest to ktoś wysoko postawiony czy ktoś, od kogo jestem zależna. To jest bardzo przyjemne – posłuchałam swojej intuicji, “coś” mnie do tego popchnęło, kazało mi wtedy to zrobić, nie wiedziałam co będzie, po prostu byłam w tej chwili i tylko to się liczyło.

Lubimy impulsywność, bo bywa taka właśnie – romantyczna, zjawiskowa. Tak inna od męczącej analizy czynników ryzyka, zastanawiania się godzinami czy dany ruch się opłaci. Sprawia, że dokonuje się jakiś postęp, zmiana. Jest gloryfikowana przez kulturę: ach, ta miłość aż po grób od pierwszego wejrzenia, bohaterowie gotowi zabić lub zginąć za zniewagę, bohaterskie narażanie życia – w kinie zawsze się udaje, mimo że wszystko wskazuje na porażkę.

Czasem, świadoma, że impuls traci na mocy w czasie działam, póki trwa. Póki nie myślę o konsekwencjach, o kosztach, nie bilansuję, nie roztrząsam. Kiedy straci na sile, a w końcu zniknie nie będzie mi się chciało podejmować ryzyka, ponosić kosztów zmiany, wdawać się w konflikt, który jest stratą energii.

Ale nie łudźmy się – impulsywność nie jest zaletą. Jej istotą jest niezdolność krytycznego spojrzenia na bodziec. Mamy na to swoje określenia w języku polskim: ten, który mówi, co myśli. Ten, który najpierw robi, potem myśli. Narwany, porywczy, w gorącej wodzie kąpany. Jednostki impulsywne stale pakują się w kłopoty. Poślubiają niewłaściwe osoby, rozstają się z właściwymi. Zrywają dobre znajomości, porzucają dobre posady, wdają się w romanse, bójki, pyskówki i konflikty z prawem.

Nie jest zdrowo być impulsywnym i równie niezdrowo jest być z kimś impulsywnym lub – co gorsza – podlegać osobie impulsywnej. Przebywanie z kimś obdarzonym tą cechą przypomina chodzenie wokół bomby, ostrożnie, na paluszkach – bo z jednej strony mała iskra może spowodować duże zniszczenia, a z drugiej – niespodziewany śmiały ruch może przynieść niesłychane korzyści. Na dłuższą metę sytuacja nie do wytrzymania.

Impulsy trzeba poskramiać. Zdrowy psychicznie człowiek będzie nad nimi panował jak nad ogniem – czasem wykorzystywał do swoich celów, czasem tłumił, ulegał kiedy będą bardzo silne i nie można się im oprzeć. Czasem podsycał, gdy się tlą. A czasem tłumił – zanim poparzą lub spalą las, który mógłby stać się domem.