Ciałopozytywność? A po co to komu?

Strona za stroną, klik za klikiem wylądowałam w ciałopozytywnym zakątku internetu. Ponieważ idea, że wszystkie ciała są w porządku jest dla mnie bardzo pociągająca i odkrywcza, wchodzę w ten świat i go eksploruję. Co wygląda mniej więcej tak, że w mojej codziennej dawce internetu przewijają się: grube kobiety w samej bieliźnie, zdjęcia rozstępów, kobiecego owłosienia pod pachami, blizny, zmiany łuszczycowe i tym podobne. Po co to oglądać? Jaki jest sens?


Photo by Eugene Chystiakov on Unsplash

Jestem lekarką, więc ciało ludzkie to coś, co powiedzmy znam lepiej niż przeciętny człowiek. Widziałam wiele ciał, różnych ciał, nie tylko żywych, wcale nie zdrowych, najczęściej chorych i nieestetycznych. Ciało to nie jest coś, co budzi moją odrazę, nie ucieknę z krzykiem na widok tłustych włosów albo grzybicy na stopach. Dlatego nie szokuje mnie jakoś widok czystej kobiecej łydki pokrytej naturalnym owłosieniem czy otyła kobieta w bieliźnie, zwłaszcza, że jest to zazwyczaj ładna bielizna i ładne zdjęcia. Ale to prawda, że nie jestem do tego przyzwyczajona i takie zdjęcie mnie zatrzymuje, intryguje, zmusza do refleksji. Jest dużo treści w internecie, o których myślę, że powinny być w jakiś sposób oznaczane jako budzące niepokój – i dla mnie treści ciałopozytywne do takich nie należą. Dyskomfort, który mogą wywoływać uważam za konstruktywny i nie przychodzą mi do głowy negatywne konsekwencje, jakie mogłoby wywołać zobaczenie takiego zdjęcia.

***

Jeśli pójdę na plażę i przyjrzę się rozebranym ludziom zobaczę różne ciała: chude, grube, chude, ale z wystającym brzuchem, małe biusty, duże biusty, cellulit, niedogolone pachwiny, chudych mężczyzn z grubymi nogami, grubych z chudymi, krótkie szyje, długie szyje, płaskostopia i skoliozy. Problemem jest to, że na plaży nie bywam codziennie, może kilka razy w roku. Za to codziennie widzę co najmniej kilka rozebranych kobiet, które mają długą szyję, długie nogi, duży biust, płaski brzuch, wcięcie w talii, symetryczną twarz i ładne stopy – na billboardach, w galerii handlowej, codziennie scrollując internet, w którym wyświetlają mi się reklamy; tak też wyglądają moje ulubione bohaterki w filmach i serialach. Chcąc nie chcąc w mojej głowie tworzy się wzorzec: tak wygląda kobieta, tak powinna wyglądać kobieta, przynajmniej ta nowoczesna i zadbana. Różnie można sobie z tym radzić. Można próbować dostosować się do wzorca, ale nie dla każdego jest to możliwe – można bardzo schudnąć i stracić przy tym biust, można intensywnie ćwiczyć i rozbudować swoją muskulaturę, można nie być w stanie przybrać masy ciała przy bardzo szczupłej sylwetce – nasze ciała nie są aż tak plastyczne, jak usiłuje nam się to wmówić. Można skrywać niedoskonałości swojego ciała pod warstwami ubrań, nosić taką odzież, która optycznie zmienia sylwetkę. Można też się choć trochę zbuntować – i w tej właśnie ostatniej metodzie pomaga ciałopozytywność.


Photo by Cristian Newman on Unsplash

Z mojej perspektywy, celem nie jest dojście do przekonania, że ciało, które posiadam jest jakoś wyjątkowo piękne. Chodzi o dojście do przekonania, że jest w porządku. Że ma prawo być jakie jest. Że nie muszę ćwiartować go na części, które nadają się do odsłonięcia i te, o których nikt nie może się dowiedzieć. Jest w porządku w całości – od palców stóp, przez wszystkie blizny, do końcówek nieukładających się włosów. Że nie muszę robić mu zdjęcia tylko po to, żeby za kilka miesięcy służyło jako zdjęcie “przed” na kolażu.

***

Bo wiecie, kiedy ciało choruje, trzeba na chwilę odłożyć różne sprawy, żeby je podleczyć. Tylko w naszej kulturze ciało kobiece choruje przez większość czasu – choruje na niedoskonałość. Ja tylko przez chwilę tak wyglądam, już niedługo będę wyglądać lepiej! Właśnie jestem w procesie przepoczwarzania się, który się nigdy nie skończy! No to ciałopozytywność to trochę takie: w zasadzie to nie jestem w ogóle chora i nie spodziewaj się, że będę spędzać swój czas i pieniądze na dążenie do wyglądu, którego być może nigdy nie osiągnę. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie to jest zdrowe i mądre.

***

No dobrze, oglądam te grube i chude babki, oswajam się z wyglądem fałd tłuszczu i wystających żeber, brzucha pokrytego rozstępami i cellulitu i co mi to daje? Wbrew pozorom całkiem sporo. Po pierwsze, zauważyłam, że zmieniłam zdanie co do tego, czym dla mnie jest piękne ciało. Doszło do czegoś w rodzaju resetu. Bo – i tu zgadzam się z autorką “Obsesji piękna” – piękne ciała istnieją i nie wszystkie do takich należą; piękne kobiece ciało to jedna z najprzyjemniejszych dla oka rzeczy na świecie i ja również odczuwam przyjemność, gdy takie widzę. Ale niekoniecznie najpiękniejsza jest dla mnie szczupła i wysportowana sylwetka, która teraz jest uważana za taką, do jakiej należy dążyć. Co więcej, zdarzyło mi się, że na kolażu “przed/po” bardziej podobało mi się zdjęcie “przed”. Po drugie, zauważam wokół siebie, na ulicy, w naturze, osoby z nadwagą lub otyłością, które są ciekawie ubrane i wyglądają bardzo ładnie. Także te bardzo szczupłe, niepełnosprawne, nieprzeciętnie wysokie lub niskie. Czuję się taka otwarta na różnorodność.


Photo by Cristian Newman on Unsplash

Czasem, jak mam już dość tego gadania kto ile waży, ile ostatnio przytył, jakie diety są skuteczne (to się nazywa fat talk i nie jest dobre dla duszy!) to wyobrażam sobie, że jest bardzo dawno temu, a ja siedzę w jaskini odziana w skórę zwierzęcia i czekam aż chłop przyniesie mi jedzenie. Czy ludzie kiedyś myśleli o tym jak wyglądali dziesięć lat wcześniej? Czy kobiety w ogóle były w stanie zarejestrować jak ciąża zmieniła ich ciało? Czy dla kogokolwiek to było istotne? Myślę też o tym – czy jeśli ruch ciałopozytywny przebije się do mainstreamu to za parę lat wszyscy będą chodzili bez makijażu, ściągną wyszczuplające majtki i przestaną się golić od stóp do głów? Aktorki w filmach będą miały nadwagę, niedowagę i włosy na nogach, a aktorzy ramiona bez zarysowanych mięśni. Wszyscy przestaną wciągać brzuchy i będą nosić to, w czym im jest wygodnie. Ale by było! Chciałabym tego dla moich dzieci i wnuków.